|
Wreszcie
jestem w środku, na podwórcu. A tyle razy z bliskiej autostrady oglądałem
białą, płaską, nieciekawą fasadę tego zamku,
okolonego spiczastymi wieżyczkami. Autostrada prowadzi z
austriackiego Tyrolu do niemieckiej Bawarii. Niedaleko twierdza Kufstein,
dumnie na granicy oznajmiająca: tu się wjeżdża do byłego
cesarstwa austriackiego.
Między
Kufstein a Innsbruckiem, można wpaść tu, poczuć
atrakcyjność historii, natknąć się duchowo na
tyle osób, które tu oddychały, mieszkały, pracowały,
przebywały z wizytami, uciekały przed wrogami, rodziły się
i umierały.
Teraz
tu mieszka arystokratyczna rodzina von Goëss-Enzenberg. Część
ich domostwa można zwiedzać. Korzystam. Stoję na obszernym
podwórcu, gdzie nie czuć wielkiego stoku, na którym cały
zamek-pałac stoi. Z jednej strony wznoszą się i wznoszą,
niknąc w mgłach, Alpy tyrolskie, z drugiej strony teren opada
stromo, w kierunku doliny Innu, gdzie środkiem pędzą po
autostradzie auta, ciężarówki, albo na północ do Niemiec,
albo na południe do Włoch.
Samo
podwórze działa kojąco, bo oglądam piękne renesansowe
freski, rodem z Włoch. Są
bardzo kolorowe, radosne paletą barw. Tematy z Florencji : kunsztowne
kwiaty, medaliony, aniołki z girlandami. Między nimi napisy po
łacinie, sformułowane po roku 1500, bo wtedy skończono
niemal cały zamek. Przedtem szalał pożar,
niszcząc poprzednią budowlę. Oglądam zatem
niemal jednolitą sztukę alpejskiego renesansu, dokształcając
się filozoficznie, dzięki budującym wspomnianym napisom na
wysokości drugiego piętra : „breve tempus“ („Czas jest krótki“),
„sapiens non eget“ („Mądry nie odczuwa braków / Mądremu
niczego nie brakuje“) albo „mundus amore regitur“ („Świat rządzony
jest miłością“).
Wnętrze
jest jeszcze ciekawsze niż myślałem. Ktoś, kto
interesuje się zwłaszcza meblami, powinien tu pobyć chwilę.
Warto. Spotykam tu ślady po niebywale bogatej rodzinie Fuggerów. Mają
tu swą salę : śliczny sufit kasetonowy, stoły z
intarsjami (wszystkie meble autentycznie stare), tajemne drzwi, na nich
artystyczne okucia, marmurowy portal wiodący do wykuszu, boazeria –
tu czuję się ciepło, bo jeszcze piec kaflowy, przy nim
autentyczne ręczniki z XVI. wieku ! A nad głową żyrandol
w kształcie nagiej kobiety. Wykusze są oczywiście w wieżyczkach,
które widziałem z zewnątrz.
Podobne
zestawy przedmiotów w sypialni Anny von Ilsug, córki jednego z kolejnych
właścicieli (1589) – dochodzi jeszcze łóżko z
baldachimem, kołowrotki, kolebki.
Czuć tak zwaną kobiecą rękę w tym
pomieszczeniu.
Patrzę
przez okna. Muszą być otwarte, gdyż gdyby były zamknięte,
nie oglądałbym pejzażu, gdyż szyby są mętne,
niepolerowane, z krążkami ołowiu jako wzmocnienie. Za
oknami jesienny barwny krajobraz; akurat kolorowieją drzewa, środkiem
doliny płynie statecznie Inn, narodowa rzeka Tyrolu, przepływając
przez Innsbruck, czyli „Most na Innie“.
W
„sali królowych“ wita mnie przepych. Lekko wodzę ręką
po intarsjach na stołach. Kosztowało
to mnóstwo pracy. Jeszcze więcej wart jest sufit : siedmiu majstrów
przez siedem lat wykonywało kasetony z drewna, bez użycia
jednego gwoździa. I wszystko – dzięki Bogu ! – trzyma się
do dziś. To ci majstrowie wykonali wstęgowo wijące się
pod sufitem napisy (wtedy była łacina modna nie tylko w Austrii...)
: „petite dabitur vobis“ („Proście a będzie wam dane“),
„si deus pro nobis – quis contra nos ?“ („Jeśli Bóg jest z
nami – to kto przeciw nam ?“) albo „Omne quod natum est ex Deo
vincit mundum“ („Wszystko, co się rodzi z Boga, zwycięża
świat“).
Notuję
to, zostawiam sobie analizy na później, bo trzeba iść
dalej. Jeszcze tylko rzut oka na oparcia krzeseł przy kolejnym stole
: te oparcia to wyrzeźbione głowy zwierząt. Każde
krzesło to inne zwierzę przy oparciu : małpy, bociany, psy,
itd...
Najciekawszym
pomieszczeniem dla mnie w zamku Tratzberg jest sala Habsburgów. Tu oglądam
skarb niebywały : około roku 1506 namalowane freski. Kto je wykonał
? Nie wiadomo. Ponoć Hans (czyli „Jasio“) z bliskiego miasteczka
Schwaz. Po pierwsze freski są
tu wszędzie, to znaczy biegną dookoła olbrzymiej sali,
szerokim pasmem, wiją się
nad głową. Obracam
się i podziwiam. Bo po drugie ich jakość jest rewelacyjna !
Są czyste w kolorze, barwy są świeże, rozkosz dla oczu
! Po trzecie opowiadają zgrabnie o drzewie genealogicznym Habsburgów, czyli o
dynastii, która kilkaset lat była synonimem Austrii. Na ścianach
jest wymalowanych kilkadziesiąt
postaci, które się ze sobą wiążą ślubami,
mają dzieci, te znowu się żenią, itd. Nie wszyscy
mieli dzieci. Hans to przewidział
artystycznie : osoby męskie, mające potomstwo, trzymają
zielone gałęzie, które się rozwijają, kobiety trzymają
brązowe gałęzie (symbol wyschnięcia), a bezdzietni nie
mają niczego w rękach. Proste symbole?
Cały
ten obrazek historyczny ukazuje początki linii habsburskiej : od 1278
roku, czyli bitwy, w której Rudolf pokonał czeskiego króla Ottokara
aż do czasów Hansa, czyli do początku XVI. wieku, czyli do
cesarza Maksymiliana. Ten ukazany jest ze swymi dwiema małżonkami
: Bianca Maria Sforza (arystokratka z Mediolanu) oraz Maria Burgundzka (księżniczka
z Dijon). Dzisiaj by się powiedziało : pierwszą jego żoną
była Włoszka, a druga Francuzka. Pierwsza wcześnie umarła.
Z drugą miał Maksymilian dwoje dzieci. Hans ich jeszcze nie
pokazał na freskowej ścianie. A zrobiły wielką karierę,
rozszerzając panowanie na Hiszpanię, ergo na cały ówczesny
świat. Syn Maksymiliana, Filip Piękny poślubił (1496)
Juanę, księżniczkę, córkę hiszpańskiej pary
królewskiej. Ich
pierwszy syn Karol, to późniejszy „cesarz Europy“. A córka
Maksymiliana, Małgorzata (Margarethe von Österreich) wyszła za
jedynego syna tejże wspomnianej pary monarchów hiszpańskich, za
Juana. Niestety, on szybko zmarł po ślubie, a córeczka, którą
Małgorzata urodziła parę miesięcy po zgonie męża,
była martwa. Podwójny, straszny cios dla korony hiszpańskiej...
Oglądanie
tych fresków to kontakt z modą tamtych renesansowych czasów.
Wwiercam oczy, chodząc wzdłuż ścian w : stroje, suknie,
szaty, okrycia głowy, fryzury damskie i męskie, klejnoty (bransolety,
naszyjniki, pierścienie), zbroje, buty. Oddane
wszystko wiernie. Brawo Hans ! Głaszczę cudowne włoskie
renesansowe meble w wykuszu i wychodzę z żalem.
Aby
ochłonąć po takiej ilości mebli (jakie tu są
szafy!), fresków, obrazów, komnat, tkanin, sztućców, naczyń (dzbanów,
czarek, misek), świeczników, a nawet map, ukazujących granice
ówczesne między Tyrolem a Bawarią, należy przejść
w kierunku transcendencji, czyli do kaplicy zamkowej. Ma piękną
jednolitą architekturę gotycką, z tejże epoki ambonę
i konfesjonał. Gdyby
on umiał mówić! Ileż grzechów nasłuchał się
przez wieki. Mógłby je wypaplać. Ale
milczy dyskretnie.
Na
ołtarzu, już późniejszy barokowy ołtarz – poświęcony
patronce tego zamku, świętej Katarzynie z Aleksandrii.
A
tak naprawdę czasy wtedy były ciężkie. Musiano się
bronić przed wrogami. Oglądam na zakończenie zbrojownię
na zamku. „Gadający rycerz“ w pełnej zbroi oprowadza gości
po tym arsenale, wyczuwając ich elektronicznie. Pokazuje : kule
armatnie, sztylety, szable, muszkiety, patelnie do smażenia smoły,
karabiny, tarcze, hełmy, zbroje, lance, dzidy, kusze, armatki.
Wszystko stare. Cały ten arsenał (a jest przecież
stosunkowo mały) przypomina o wyboistych i ciernistych etapach
polityki rozbrojenia. Trzeźwa refleksja : najpierw było pełno
wojen, czasy pokojowe były rzadkim wyjątkiem, rozjemczych
organizacji międzynarodowych nie było, kierowano się starym
powiedzonkiem Rzymian (znowu łacina...) : „si vis pacem, para
bellum“, czyli „jeżeli chcesz pokoju, przygotowuj wojnę“.
Jest to fundament teorii polityki odstraszania.
Przysłowia łacińskie są nadal w modzie!
Świat rządzony jest miłością?
Wiesław
PIECHOCKI, Tratzberg, AUSTRIA, październik
2004
|