wstecz

 

Sankt Florian

 

Ileż razy postanawiałem w tym miejscu na autostradzie zjechać i zobaczyć ten klasztor ? Miejscowość leży między Wiedniem a Linzem. Plus minus 200 km od stolicy austriackiej a parę kilometrów od Linzu, stolicy Oberösterreich, (czyli Górnej Austrii). Wreszcie dziś zdecydowałem skręcić kilka kilometrów, oddalić się troszeczkę od wstęgi autostrady. I nie pożałowałem ! Wjechałem do miasteczka uroczego, położonego na wzgórzach, o nazwie „Sankt Florian“, czyli „Święty Florian“. Ten święty kojarzy mi się całe życie z gaszeniem pożaru. Wiem, iż jest patronem strażaków, trzyma (jako rzeźba) kubeł wody w ręku, gasząc wodą  jakiś budynek, kościół czy całą dzielnicę.

W Sankt Florian, między wzgórzami, w górnoaustriackiej miejscowości, chyba w najwyższym punkcie tejże rozsiadł się klasztor. Jest potężny, z daleka powiedziałoby się, iż muszą to być zabudowania jakiegoś wielkiego rządu, wspaniały parlament, a przynajmniej olbrzymi pałac jakiegoś wielmoży. Nic z tego. To jest klasztor, wybudowany przez Włochów (ci to się nabudowali aż do Newy w Petersburgu włącznie!) w 1686 roku. Stoi godnie, błyszcząc wśród soczystej zieleni łąk i lasków białymi fasadami ścian oraz czerwonymi dachówkami, zwieńczającymi ogromne ilości metrów kwadratowych dachów.  Przy słońcu gwarantowane przepyszne kontrasty barw – zieleń + biel + czerwień...

Klasztor należy do Augustianów, których tu dziś jest ledwie 38. Los wszystkich zakonów chyba dziś – brak powołań. Spokój, cisza, tylko nasza grupa turystów przesuwa się cicho przez pomieszczenia. Jedynie pani przewodniczka ma wielki pęk kluczy, zgrzytających w otwieranych i zamykanych przez nią drzwiach, bramach i portalach. Zaraz na początku dowiadujemy się, że jeżeli ktoś kojarzy św. Floriana z ogniem i jego gaszeniem, jest w błędzie. Tu cicho uznaję swoją naiwność i słucham o co tu chodzi. Okazuje się, iż to tylko „legenda ludowa“  tak go przedstawia : naprawdę należy go kojarzyć z ogniem wiary. On miał swym życiem i postępowaniem właśnie rozpalać znicz, ogień wiary w nowej religii, jaką wtedy było chrześcijaństwo. Wtedy, to znaczy kiedy ?

Święty Florian, patron Górnej Austrii, żył bardzo dawno temu. Należał do tych Rzymian, którzy postradali wiarę ojców, a zaakceptowali nauki Jezusa. Był wysokim urzędnikiem w Noricum, czyli w prowincji, którą dziś określiłoby się jako środek Austrii. Miał tylko pecha, bo żył za czasów cesarza Dioklecjana, który konsekwentnie tępił adeptów chrystianizmu. Floriana pojmano, zawieziono do Lorch (wtedy po łacinie ta austriacka mieścina nazywała się Lauriacum), tam wrzucono go z kamieniem młyńskim do rzeki Enns. Było to 4 maja 304 roku, czyli 1700 lat wstecz. Florian stał się męczennikiem. Pobożna wdowa wyłowiła jego zwłoki, zabalsamowała je, godnie pochowała. Miejsce przy grobie zaczęło być obiektem pielgrzymek. Po kilkuset latach Watykan zażądał, aby na furze, końmi zawieziono prochy do Rzymu. Tak też uczyniono.  

Tu się zaczyna polska przygoda św. Floriana. Chrześcijaństwo się rozszerza. Polacy proszą papieża o relikwie jakiegoś świętego, aby wzmocnić prestiż nowej religii. Papież się zgadza na św. Floriana. Na furze, końmi transportowane są prochy św. Floriana do Krakowa, do stolicy Polski ! Stąd w Krakowie w centrum, odchodząca od Rynku Głównego, jest „ulica Floriańska“. Kiedy nią, odchodząc od Rynku, iść, dochodzi się do placu Matejki, gdzie wznosi się kościół św. Floriana. Tamże są relikwie tego świętego. Sam pierwotny kościół ufundowany został w 1185 roku przez Kazimierza II Sprawiedliwego. Oczywiście dzisiejszy kształt świątyni jest późniejszy. Jakież to historyczne więzy mamy dzięki temu męczennikowi między Polską a Austrią ! 

W Sankt Florian znajduje się jako symbol relikwii jedynie jego mały palec lewej ręki, mówi pani przewodniczka.

Przestaję medytować o męczennikach, gdyż wchodzimy do wspaniałej biblioteki. Ma 1000 inkunabułów, w sumie 140 000 egzemplarzy, głównie dotyczących nauki szeroko pojętej, ściślej teologii i filozofii. Sala jest przepyszna, przypomina swym tryskającym zewsząd (podłoga, szafy, balkony na półpiętrze, freski na suficie) barokiem o glorii monarszej i katolickiej historycznie Austrii. Wszystkie meble są z drewna orzechowego.

Oddech wszyscy wstrzymujemy, wchodząc do następnej sali marmurowej. Ma 30 m długości, szeroka i wysoka na 15 m. Posadzka marmurowa (olbrzymie kwadraty biało-czerwone) lśni w słońcu. To robi wrażenie. Naprzeciw siebie, na ścianach, nad kominkami dwa tylko portrety, cesarza i Księcia Eugeniusza Sabaudzkiego. Ten ostatni jest jeszcze uwieczniony na wspaniałych freskach na suficie (znowu włoska robota). Ten książę, po niemiecku : „Prinz Eugen von Savoyen“, to bohater Austrii, pogromca ostateczny Turków, zdobywca Belgradu, doradca trzech cesarzy, właściciel pałacu Belvedere w Wiedniu, patrzy na mnie władczo ze swego wspaniałego rumaka. Nad nim piękny anioł ze szarfą,  na której wije się napis po łacinie „Imperium sine fine dedi“, czyli „Dałem (wam) cesarstwo bez końca“. Wzdycham, bo wiem, jak szybko się rozpadają ziemskie dobra : przyszła I Wojna i monarchia nad Dunajem przestała istnieć a samo państwo się bardzo skurczyło...Z punktu widzenia Austrii jest to nadal otwarta, niezabliźniona rana.

Wychodząc na korytarz, podziwiam jego niebywałą długość : 175 m. I tak na każdym piętrze. Barok w Sankt Florian powala na kolana. Cóż za przepych ! Przechodząc przez tzw. cesarskie sale myślę o jego gościach. Dla klasztoru wizyty panujących głów to była zarazem udręka i honor. Trzeba wszystko było na poziomie przygotować (to oznaczało extra wydatki), ale prestiż klasztoru niósł się echem po Europie : cesarz Karol VI z małżonką spali łaskawie w skrzydle dla nich przeznaczonym. Dla Księcia Eugeniusza Sabaudzkiego zbudowano całe specjalne łóżko : na każdym jego rogu prześmieszne postaci nader barwnych Turków – symbol jego glorii militarnej nad półksiężycem muzułmańskim.

Wizytę kontynuuje się w kościele (włoska architektura nad Dunajem). Ołtarz przykuwa uwagę : 700 ton czerwonego granitu barokowo ukształtowane wokół centralnego obrazu „Wniebowzięcie“. Wchodzę zaraz po zakończeniu mszy : czuć w powietrzu jeszcze kadzidło.

Dostrzegam aż trzy organy. Wszystko się wyjaśnia. Tutaj działał najpierw jako chłopiec w chórze, a potem jako organista, wielki kompozytor austriacki, Anton Bruckner (1824-1896). Rozwijał się muzycznie tutaj. Tak zapamiętał pozytywnie piękno baroku i czysty dźwięk organów tutejszych, iż, zatoczywszy koło życia, napisał w testamencie, że pragnie być pochowanym („pod organami“) w Sankt Florian. Jego muzyka jest trudna i już w XIX wieku sam natrafiał na spore opory w percepcji jego kompozycji orkiestralnych. Kiedy zmarł w Wiedniu jesienią 1896, zwłoki przetransportowano tutaj, po pogrzebie we wspaniałym wiedeńskim kościele św. Karola,  zgodnie z wolą wyrażoną w testamencie. Trumna znajduje się w krypcie w Sankt Florian, idealnie pod głównym ołtarzem. Jest metalowa, otoczona bukietami kwiatów. Jego symfonie mają monumentalny charakter. Był wybitnym wirtuozem na organy, koncertował w Paryżu i w Londynie. Nie sposób zwiedzić Sankt Florian, aby nie natrafić na ślady wielkiego Brucknera. Jest on tu wszechobecny.  A za komnatami cesarskimi urządzono jego muzeum : jest łóżko, na którym zmarł w Wiedniu, a w witrynach wszystkie szarfy na wieńcach z napisami. Tymi wieńcami obłożono trumnę. Dotykam nabożnie meble,  przedmioty, które mu towarzyszyły. A gdzie w kosmosie jest impuls do twórczej myśli, przelanej na pięciolinię ?

Wychodzę na dwór. Słońce piecze, dookoła ponownie witają mnie soczyście zielone wzgórza, wśród których leży przepięknie Sankt Florian. W samochodzie włączam jedną z symfonii Brucknera (mam kilka CD z jego nagraniami). Słucham jego muzyki, mijając wzgórza, które były mu tak bliskie, oddalając się od wspaniałego kompleksu klasztornego.  

Wiesław PIECHOCKI, Sankt Florian, Oberösterreich, wrzesień 2004

 Counter