|
Graz
europejską
stolicą
kultury 2003
Nie
posłuchałem wielkiego austriackiego literata, Thomasa Bernharda,
który mawiał, że Wiedeń trzeba znać, ale do Grazu nie
ma po co jechać. Ale on zmarł i nie muszę się nikomu tłumaczyć,
iż autem zbliżam się autostradą do tego miasta. Graz
jest drugim co do wielkości (oczywiście po wiedeńskiej
metropolii) miastem Austrii, mając 240 000 mieszkańców. Jest
stolicą Styrii (po niemiecku : Steiermark). Stąd po polsku : można
“zatańczyć sztajerka”, czyli wykonać taniec ze Styrii.
Samo
słowo Graz jest pochodzenia słowiańskiego, pochodzi od “gradec”,
czyli “gród, miasto”. Zjeżdżam z autostrady i myślę
o tym, szukając oczywiście parkingu. Jest to bardzo trudne i
kosztowne, bo Graz, styryjska stolica jest w roku 2003 dodatkowo europejską
stolicą kultury. Pomysł
dawania jakiemuś europejskiemu miastu berła kultury na rok,
datuje się od 1985. Dlatego
tu jestem, z dziennikarskiej ciekawości.
Tyle
słyszałem o tym, że wpompowano z okazji Roku Kultury aż
57 milionów euro (kiedy miasto spłaci te długi ?),
urzeczywistniając wiele projektów. W wielu wywiadach, jakie czytywałem
w austriackiej prasie, z troską
mówił o tym szef Roku Kultury, Wolfgang Lorenz. Ale sam pomysł
przeprowadził zgrabnie przez meandry krajowej polityki burmistrz
Grazu, Alfred Stingl. Starał się o to i wygrał. Ale Stingl
to instytucja, socjalista od młodości, 18 lat na stanowisku
burmistrza bez przerwy, teraz dziadek dwojga wnucząt. Zawsze
harmonijnie współpracował z opozycją, czyli z ÖVP,
wybudował na nowo synagogę, UNESCO uznała zwarty blok starówki
w Grazu jako kulturowe dziedzictwo świata.
Wspomniałem
o etymologii nazwy “Graz”, że ma źródłosłów słowiański.
To zobowiązuje, czyli zupełnie nie szokuje mnie na ulicach
miasta, po których chodzę, iż
słyszę
nader często słoweński, chorwacki czy turecki. Przecież
do Lublany, Zagrzebia jest blisko, a robotnicy tureccy nie są rzadkością
w przemyśle Styrii.
Od
lat przeprowadza się tutaj festiwal kulturowy o bardzo dobrej jakości “steirischer Herbst” (czyli “Styryjska Jesień”), gdzie
występowało już wielu polskich artystów, ale na tę
szczególną okazję (Europejska Stolica Kultury) w tym roku
przygotowano zupełnie nowe atrakcje.
Mnie
osobiście już samo miasto bardzo się podoba, ma piękną,
tradycyjną starówkę, tak chwaloną w tym roku, wspaniałe
wzgórze z “Wieżą Zegarową” w samym centrum. Ulice w
swych ciągach ukazują domy o kolorycie beżowo-żółtawym,
tak charakterystycznym dla ex-Austrii (to spotyka się aż do
Rumunii, Bukowiny włącznie…). Dla oka przyjemność.
Poza tym po Wiedniu natyka się tu podróżny na (jeszcze)
relatywny spokój, rytm prowincji, styl miasta, wokół którego można
jeździć po winnicach, wzgórzach, zwiedzać stare i bardzo
nowoczesne kościoły. W lecie jest bardzo ciepło. Sami
Styryjczycy mówią o tych podgrazowskich terenach “to jest nasza
Toskania”.
Ale
wróćmy do atrakcji, przygotowanych na rok 2000 – specyficzny okres
dla Grazu. Jemu już nie wystarczał wieczny symbol miasta : Wieża
Zegarowa. Powstały nowości, uatrakcyjniające wspomnianą
w tytule grację Grazu. Jakie ?
Po
pierwsze postarano się o szczególny repertuar teatralny. Wystawiono
nie graną jeszcze sztukę Szweda Henninga Mankella. Sam autor
jest bardzo znany jako pisarz kryminałów z tłem psychologicznym.
Mankell wyreżyserował sam sztukę (o tytule “Butterfly
Blues”) dla Grazu. Według mnie, zupełnie nieudany eksperyment
sceniczny.
Po
drugie zorganizowano na tutjeszym uniwersytecie sympozjum o pisarzu
Leopold von Sacher-Masoch. Wyraz “masochizm” pochodzi właśnie
od jego nazwiska. Sam autor urodził się we Lwowie, ale działał
twórczo w Grazu.
Po
trzecie idę w kierunku rzeki Mur (przepływa przez Graz) i widzę
novum : sztuczną wysepkę, na którą wchodzi się po kładce
metalowej. Sama wyspa wygląda jak rozwarta muszla, wykonana ze stali
i ze szkła. Teraz są tam wystawy artystyczne, potem będzie
tam kawiarnia awangardowa. Tę wyspę wykoncypował architekt
z Nowego Jorku, Vito Acconci.
Po
czwarte nie mogę nie pójść do największej atrakcji
Roku Kultury w Grazu. Jest
to “Kunsthaus”, czyli “Dom Sztuki”. Ale jaki ! Dwu brytyjskich
architektów wygrało konkurs, który chciano już rozpisać
20 lat wstecz. Nazywają się Peter Cook i Colin Fournier. Proszę
sobie wyobrazić łódź podwodną, lub olbrzymią kiełbasę,
nadmuchany balon mydlany, potężny, w kształcie biszkoptu,
albo mega-dżdżownicę, coś w każdym razie obłego,
nieforemnego, wielopiętrowego. Błyszczy ten przybytek sztuki w
dzień i w nocy, gdyż płytki pokrywające ściany są
z plastiku, a ten jest jest podświetlony. Z wielu stron, , przy
“dachu” (wierzch słonia ? grzbiet konia ?) są krzywe kominy,
przypominające tonący (moje indywidualne skojarzenie)
“Titanic”.
Wszystko jest śmiesznie udziwnione, niepodobne do klasycznych form :
kuli, kwadratu, czy nawet trójkąta. Dom Sztuki jest przezroczysty
niemal, brakuje mu macek, aby bardziej przypominać ośmiornicę,
leżącą na boku. Osobiście stałem przed tym tworem
parę minut, śmiejąc się i przechylając się,
aby wchłonąć możliwie najlepiej tę udziwnioną
formę. Wchodzi
się do tej kiełbasy po trapie metalowym. Dwa piętra wewnątrz
bardzo zróżnicowane świetlnie : na dole zimno oddziałujące
neony, na górze celowo cieplejsza tonacja. Zatem zadbano nawet o kontrast
światła. W tej szklistej “ośmiornicy” czuje się
zwiedzający trochę, jakby za chwilę miał wystartować
w kosmos przy pomocy tej prześmiesznej “rakiety”.
Na
pierwszy rzut, premierowo pokazuje się w tym roku rzeźby Sol
LeWitta, które oczywiście w swych udziwnionych kształtach nie
kontrastują z powłoką, w której się turysta
przemieszcza. Żegnam z żalem Graz. Nie zdążyłem
zobaczyć wszystkich ciekawostek, ani rozlicznych imprez różnej
“maści” (było ich razem 6000 w trakcie roku 2003) nie zdążyłem
odwiedzić wszystkich znajomych. Ale taki już los dzisiejszych
podróżników : za dużo atrakcji, za mało czasu… Turystów,
w tym szczególnym roku dla Grazu, przybyło 2,5 miliona! Byłem
tu. Odjeżdżam. Jak zwykle cicha przysięga : wrócę tu,
choćby do tego prześmiesznego szklistego “robaka” – mam na
myśli wspomniany fascynujący “Kunsthaus”.
Wiesław
PIECHOCKI, G
r a z, AUSTRIA, listopad
2003
|