|
Nowe Ferdinandeum |
||||
|
Jeszcze nigdy nie byłem w Austrii w budynku, którego tylko renowacja kosztowała około 17 milionów dolarów USA. Postanowiłem zatem pojechać z rodziną do Innsbrucka, stolicy austriackiego Tyrolu, do nowootwartego muzeum „Ferdinandeum“. Po 2 latach budowy zostało otwarte w maju 2003, połknąwszy właśnie wpomnianą olbrzymią sumę. Tyle wiem z gazet. Jesteśmy
zatem w Innsbrucku, przy pięknym słońcu, co jest tu
normalne, bo zawsze dolina Innu kojarzy mi się z rozsłonecznieniem.
Inn ma swe źródło w Szwajcarii, wpływa do Tyrolu i wypływa
do niemieckiej Bawarii. Stoimy przed fasadą w stylu „florentyński
neorenesans”, przy Museumstrasse (jak ta ulica mogłaby się
inaczej nazywać ?). Sama fasada jest spójna stylowo, dzieło włoskiego
architekta z 1884 roku. Samo
„Landesmuseum“, czyli „Muzeum Krajowe“ (dla Tyrolu) pochodzi z
roku 1823, czyli święci akurat 180 lat istnienia. Z tej okazji
też ogłoszono konkurs na kompletną przebudowę wnętrz
parę lat temu. Konkurs
ten wygrał zespół dwu austriackich architektów, Adamer i
Ramsauer z miasta Kufstein.
Dokonali istotnie rewolucji - bo mieli na to przyrzeczone środki... Wchodzimy
do środka. Byłem już w wielu
muzeach na wielu kontynentach, ale tu czeka zwiedzających wiele
optycznych niespodzianek. Kolorystycznie
dominuje biel. Jest wszędzie, na ścianach, sufitach, mieszając
się udanie z szarością klatek schodowych i brązem podłóg
w pomieszczeniach dodatkowych i salach. Biel wchodzi też jako światło
z zewnątrz przez matowe szyby, rozprowadzając romantycznie
promienie słońca. To co frapuje, to duża ilość
przejść nad piętrami, mostków, schodów. To kojarzy mi się
osobiście z San Francisco (MOMA) albo z Bregenz, czyli najbardziej
zachodnim miastem austriackim, gdzie króluje nowoczesna bryła KUB-u.
To
co przyciąga też wzrok, to olbrzymia ściana szklana
biblioteki, którą widać po prostu cały czas. Towarzyszy
ona widokiem regałów z książkami, drabinek na półpięterka.
Chodząc po muzeum widać stare tomy, szanownie wprasowane w półki.
To co również jest rewolucyjne, to wielkie przestrzenie powietrza między
piętrami i mezzaninami (półpiętrami) – oglądając
obrazy nowoczesnych artystów z Austrii, wychylając się przez
murek, na dole można zobaczyć przedmioty z epoki brązu. Bo
tu zebrano wszystkie skarby ziemi tyrolskiej (i nie tylko) w siedmiu działach :
prehistoria i archeologia, okres Rzymian, grafikę, malarstwo, kolekcję
instrumentów, wspomnianą bibliotekę « tyrolianów »
oraz zbiory przyrodnicze (pokazywane zresztą w innym budynku). Jak
widać : Ferdinandeum to intelektualne serce Tyrolu. A skąd
nazwa « Ferdinandeum » ? W roku 1823, kiedy powstało
« Narodowe Muzeum Tyrolu », w innym budynku, teraz mieszczącym
Wydział Teologii
Uniwersytetu w Innsbrucku, pobłogosławił tę inicjatywę
kulturową sam arcyksiążę Ferdynand. Stąd ostała
się nazwa, trącąca szlachetnie łaciną –
Ferdinandeum. Tak jak « muzeum ».
Teraz wspomniana para architektów dokonała nie tylko zupełnej
rewolucji przestrzennej, zmieniając układ pięter : przedtem
powierzchnia wystawowa liczyła 1900 m2, a teraz niemal
wygospodarowali oni podwójną ilość = 3900 m2 !
Jest
to sukces pewnej gospodarności i efektywności. Oczywiście
muzeum to, pachnące farbą jeszcze, istnieje wirtualnie w
internecie. Można
je znaleźć pod: www.tiroler-landesmuseum.at
Chodzimy
po piętrach i podziwiamy eksponaty. Dzieci jeżdżą
wspaniałymi windami. Są pochylnie dla inwalidów w wózkach. Wszędzie
czuć atmosferę podniosłych chwil « nowego początku ».
Kto jest zmęczony, idzie się napić kawy do cafeterii, a kto
jest jeszcze nienasycony sztuką, kupuje odpowiednie książki,
albumy, reprodukcje, plakaty w sklepiku na parterze. Zdumiony
widz konsumuje wzrokiem (i umysłem) dzieła, nazwiska artystów,
epoki, style, barwy, kształty. Na pierwszy rzut oka serwuje mu się
napisy na ścianie (to dzieło sztuki !) Amerykanina
Lawrence Weinera. Potem przerzut w historię : cudowne gotyckie Marie,
trzymające na kolanach zmarłych Jezusów, czyli “pietŕ”. To
rzeźby, ale i malarstwo gotyckie (silnie rozwinięte na terenach
niemieckojęzycznych) jest tu wspaniale reprezentowane.
Przytransportowano tu prześliczne reliefy z domu “Pod Złotym
Daszkiem” (Goldenes Dachl), stojącego w centrum Innsbrucka, a będącym
głównym obiektem fotografowanym przez miliony turystów. Na
reliefach tu, w ciszy museum, można dotknąć i odczytać
historię małżeństw cesarza Maksymiliana wyrytą w
kamieniu. Celowo
robię skoki zygzakowate w przeszłości, aby ukazać
ogrom doznań, jakie czekają na zwiedzających. Można tu
dotknąć wręcz barokowe figury z niegdysiejszej miejskiej
studni. W sali instrumentów cenne starocie, kurioza, babcie skrzypiec, również
włoskiej roboty, “trąba zakonnic” – nie istniejący już
instrument. Patrzę się na nie, oparty o ścianę, słuchając
z wielu CD odpowiednią muzykę z tamtych epok, mając słuchawki
na uszach. Malarstwo
austriackie ma tu kilka precjozów. Mnie urzekł jeszcze bardzo
realistyczny portret doktora Josepha Pembaura spod pędzla samego
Klimta. Ten fotograficznie piękny portret powstał, kiedy Gustav
Klimt (1862-1918) miał 18 lat. Potem odszedł stylistycznie do
“Jugendstilu”. Wychodzimy
na taras z przepysznym widokiem na rozsłonecznione Alpy. Skrzą
się w słońcu, dając blask miastu, leżącemu w
kotle między górami. Z tarasu otwiera się panorama dachów i
Alp. Za nimi przełęcz Brenner (pociąg wspina się na
1800 m!), a za nią (tylko 35 km) granica z Włochami. Patrzę
na cuda natury, słysząc nad głową tzw. instalację
dźwiękową, przypominającą wodospad. Jest
to dzieło pt. “Galeria Luster” Wiedeńczyka, Bernharda
Lechnera. Dla oczu to silny kontrast! Powoli
schodzimy reprezentacyjną klatką, przypominającą, iż
budynek powstał za cesarstwa, żegnając się z
eksponatami na 5 kondygnacjach. Na ulicy hałas tramwajów. Schodząc
ze schodów, klepię kamienne sfinksy na pożegnanie. Uśmiechają
się do nas tajemniczo. Wiesław PIECHOCKI, Innsbruck, AUSTRIA, maj 2003 |
||||
|
|
||||