wstecz

 

U Augustianów w Wiedniu

 

Kiedy nasz król Jan III Sobieski klęczał przed ołtarzem głównym tego kościoła i dziękował gorliwie Bogu za turecką wiktoryję, czyli za zwycięstwo nad Turkami dzień wcześniej, widział jeszcze przed rozgorączkowanymi oczyma zupełnie inny wystrój i ozdoby tej świątyni. Była barokowa, teraz znowu jest gotycka.

Wtedy, na dzień po pokonaniu przepotężnej armii Kara Mustafy, 13 września 1683 emocje były ogromne i rozładowywały się po żołniersku w austriackiej stolicy. Polski król wierzył, iż oddalił na zawsze demona islamu od Europy.

Teraz, po 320 latach, klęczę też w kościele przy klasztorze Augustianów, rozglądam się, widząc wszędzie niemal czysty gotyk. Są lekkie trzy nawy, wszystkie tej samej wysokości, mają sklepienie kolebkowo-krzyżowe, harmonijnie smukłe kolumny wspierają rytmicznie całość konstrukcji. Całkowitą harmonię psuje symetryczny brak okien. Są tylko z jednej strony, od Augustinerstrasse. Z drugiej, cała ściana przylega do budynków Hofburgu (jestem w samym sercu cesarskiego Wiednia). Ale światła jest dosyć.

Dlaczego ten kościół wybrał polski władca na mszę dziękczynną ? W centrum wiedeńskim jest pełno innych bogatszych, większych, olśniewających kościołów. Ale ten był już od średniowiecza kościołem parafialnym /farą/ Wiednia, miał swą wagę, rangę, wymiar, mimo iż dziś jest wąską, niepozorną świątyńką katolicką wciśniętą w kompleks zabudowań cesarskich. Nawet nigdzie nie mogłem w kioskach kupić widokówki z wizerunkiem « Augustinerkirche »,  bo on nie jest efektowny.

Ale jest ważny historycznie – stąd to wspomniane polonicum związane z odsieczą wiedeńską.

Na razie przestaję myśleć o drugim polonicum, gdyż siadam w wytwornej ławce, po fazie na klęczkach, słysząc paradny dźwięk trąb, fanfar i organów. Jest cisza. To tylko moja wyobraźnia chce uczestniczyć przynajmniej muzycznie w uroczystościach ślubnych, jakie się tu odbywały (ze względu na wspomnianą rangę). A było hucznie, wspaniale, kiedy śmietana arystokratyczna wybierała ten niepozorny kościół na ceremonie z sakramentalnym “Tak, chcę !” przed Bogiem. 

Po pierwsze brała tu ślub cesarzowa Maria Teresa (1736), która z tu poślubionym małżonkiem doczekała się 16 (sic!) dzieci. Była godną przedstawicielką rodu Habsburgów, wzięła udział w I rozbiorze Polski. Po drugie wyszła tu za mąż jej córka, Maria Antonina (1770) za francuskiego króla, Ludwika XVI, nie wiedząc, że wiele lat potem, podąży za nim na gilotynę w Paryżu. Nigdy w tym mieście nie była szczęśliwa, wiedząc, jak jego mieszkańcy jej serdecznie nienawidzili.

Po trzecie odbyła się tu ceremonia ślubu kościelnego dla Marii Ludwiki (1810) z Napoleonem I, która potem mu urodziła syna. Sam fakt ślubu jest wielkim paradoksem, jako że parę lat wcześniej Cesarz Francuzów rozgromił armię austriacką pod Austerlitz. Polityka polityką a interesy dynastyczne mają też swe prawa…  Po czwarte uroczyście obchodzono tu u Augustianów ślub cesarza Franciszka Józefa z Elżbietą “Sissi” von Wittelsbach (1854). Ona miała 16 lat, on będzie potem panować na tronie przez 64 lata, ustalając politykę Cesarstwa Austrowęgierskiego aż do 1916 roku, czyli do zgonu. Pogrzeb Franciszka Józefa też się tu odbył…

Po piąte tu zorganizowano ślub dla jedynego syna wspomnianej wyżej pary : dla arcyksięcia Rudolfa ze Stefanią, pretendentką do tronu Belgii (1881). Jak wiadomo, tragiczny cesarz musiał przeżyć zgon zarówno żony jak i jedynego syna…

Słyszę imaginacyjnie forte organów, głuchy dźwięk cmentarnych dzwonów, spoglądając na przesuwające się grupy wycieczkowe z Włoch, Rosji, USA i Polski.

One wszystkie zatrzymują się przed symbolicznym grobowcem. Jest to dzieło rzeźbiarskie wspaniałej klasy. O ścianę boczną (tej bez okien) opiera się trójkąt marmurowy, płaski, wysoki na 2-3 piętra. Robi wrażenie piramidy z jasnego i niebieskawego marmuru. Piramida ma u dołu rozwarte wrota, ziejące czernią – symbol śmierci.  U góry piramidy popiersie kobiece w medalionie. To ta, której wybudowano ten grobowiec : Maria Krystyna, jedna z wielu córek Marii Teresy. Pod medalionem napis złoty łaciński “Uxori Optimae Albertus”, czyli “Swej Najlepszej Malzonce – Albrecht”. Wdowiec, Albrecht von Sachsen-Teschen (=Cieszyn) zamówił to przepiękne dzieło u najlepszego wówczas rzeźbiarza, Włocha, Antonio Canova. Podziwiam jego dzieła w różnych kątach świata : romantyczny realizm, sceny erotyczne przeważnie. Wspaniałe zawsze świeżością. Ten grobowiec ukończył Canova w 1805 roku. Stworzył oprawę piramidy, a do wrót śmierci kierują się grupy postaci. Najpierw trzy, udrapowane w antyczne szaty, podążają, schyliwszy głowę. Za nimi dwie osoby : młoda kobieta, podtrzymująca już niemal upadającego starca, opartego o laskę. Idą cisi, w niewiadome, godnie znosząc upływ czasu i los… Tych pięć postaci obserwowanych jest przez pięknego anioła śmierci. Siedzi, cudownie wykuty w  białym marmurze, swobodnie rozpuściwszy swe skrzydła, oparłszy prawą rękę o olbrzymiego lwa, który jak cerber pilnuje wrót. Anioł u swych stóp ma tarczę. Albert, wdowiec po Marii Krystynie, kandydował do tronu polskiego kiedyś i włoskiemu artyście  kazał na tarczy wyryć polskiego orła oraz litewską “Pogoń”, czyli atakującego rycerza pędzącego na koniu. Niechybnie pragnął Albrecht pokazać swej cesarskiej teściowej swą rangę oraz przedstawić swe polityczne apetyty.

Gdybym był z Białegostoku, serce moje biłoby jeszcze mocniej : wszak na tarczy anioła z marmuru, w centralnym kościele Wiednia, przedstawiono herb właśnie Białegostoku ! I to jest drugie polonicum u Augustynianów wiedeńskich. Wychodząc z surowego gotyckiego kościoła, patrząc na błyskotliwe piękno pałacy dookoła, myślę o tym, jak w “Augustinerkirche” miesza się radość (śluby) i smutek (pogrzeb Franciszka Józefa + marmurowy grobowiec). Zupełnie jak w naszym życiu… 

Wiesław PIECHOCKI, Wiedeń, maj 2003