wstecz

 

Podhorce

 

Schowałem  się  w cień przed intensywnym wiosennym słońcem za wspaniały bastion. Dotykam go czule, gdyż jest częścią pałacu w Podhorcach. A ta budowla, zwana po włosku il palazzo in fortezza, czyli „pałac i zamek jednocześnie“ porwała mnie swym niebywałym pięknem. Nie spodziewałem się napotkać na wschód od Lwowa (niedaleko Brodów) takiej ilości estetyki. Jest to z pewnością najpiękniejszy pałac jaki widziałem w życiu, będący obiektem, przy którym jednocześnie należy długo stać i długo płakać.

Pałac w Podhorcach ukazuje dosadnie bowiem działanie tzw. zęba czasu. Tempus edax est – mawiali Rzymianie, czyli czas jest żarłoczny, pożera. Chodząc wokół bryły pałacu, nie mogę nadziwić się, iż taka ilość historii polskiej niszczeje z każdym kolejnym dniem. Szkoda, iż upadł projekt, by go przerobić na rezydencję prezydentów Ukrainy. Wtedy by go się uratowało. A jako władcy tych ziem, mieszkaliby w byłej wspaniałej rezydencji polskiej magnaterii. Pałac budowano kilka lat. W 1640 był gotów.

Sama miejscowość, leżąca obok źródeł Seretu, należała w średniowieczu do rodziny Podhoreckich, potem do Koniecpolskich (to oni wystawili to cudo architektury, wspólne dziecko architektów francuskich i włoskich), Sobieskich, Rzewuskich i Sanguszków. Czuć misję cywilizacyjną polskich magnatów. Nawet jako okropna niszczejąca (jeszcze nie całkiem!) ruina robi potężne wrażenie, jako że stoi na naturalnej ostrej skarpie, skąd roztacza się kojący widok na piękną równinę ukraińskiej ziemi. Oglądam system fortyfikacji bastionowych, fosy, kazamaty. Wszystko z zewnątrz.

Przed chwilą chciałem wejść na podwórze. Od strony fasady jest właśnie fortyfikacyjny mur. Idę do wejścia głównego. Przepiękna murowana brama z polskimi herbami, boniowanymi pilastrami. Wszystko obłazi pod kruszejącym tynkiem: widzę cegły już też nadkruszone. Stoję pod bramą przy prymitywnych, zastępczych, drewnianych drzwiach obok zaparkowanego motocykla i grzecznie pukam. Nic. Coraz głośniej pukam. O dziwo brama się otwiera. Młodzian z papierosem w ustach letargicznie akceptuje hrywnie, jakie mu wręczam. Pozwala mi przez 5 minut chodzić po podwórcu. Podziwiam ryzalit z zżartymi deszczem rynnami, otaczający mur, o dziwo odnowiony dach pałacu. Okna wszystkie na parterze mają kraty, zardzewiałe zresztą, czyli ktoś chciał chronić wnętrze przed złodziejami. Dla rabusiów to miejsce byłoby nader nieatrakcyjne. Między płytami kamiennymi, po których chodzę na podwórcu, rośnie trawa. Widać roboty: betoniarki, kupy żwiru, piachu, pod papą stosy równo ułożonych desek. A więc coś się tu robi. Ale chyba zbyt powoli. Na lewo i na prawo dwa eleganckie ciągi schodów pod prymitywnym zadaszeniem z desek. Balustrada przy nich uszkodzona. Nie mam czasu kontemplować , jako że młodzian skończył palić papierosa. Moje minuty minęły. Zamyka za mną z trzaskiem odrzwia, przez które kiedyś dumnie wjeżdżały wielokonne karety na kolejny bal arystokratów... Zapaliwszy z trudem silnik motocykla i odjeżdża.

W ukraińskich miastach wszędzie teraz pełno prywatnych firm „Wikna ta dweri“, czyli „Okna i drzwi“. Czy nie można by z okolicy zaangażować ich do ratowania pałacu w Podhorcach? (Po ukraińsku „Pidhirci“). To taka prymitywna propozycja, bowiem domyślam się, że tu trzeba większego frontu robót i gigantycznego zastrzyku inwestycyjnego. 

Zaczynam obchód jeszcze raz i jeszcze raz tej perły architektury. Najsmutniejsze są niewątpliwie okna: zabite deskami, dyktą, szyby wybite, kraty. Żałość.

A przecież tętniło tu kiedyś życie. Ale ono było polskie i magnackie. Przyszły inne czasy. Szkoda zresztą, że już tu nie ma szpitala dla chorych na gruźlicę. Był zaraz po wojnie za czasów radzieckich. Widocznie substancja pałacu już się nie nadawała na szpital. Zębie czasu, zatrzymaj się! Od strony skarpy chodzę wśród ukraińskich turystów, robiących sobie zdjęcia przy kamiennych wazonach na ogrodowej balustradzie. Teren jest nierówny, nie prowadzi się żadnych prac upiększających ogród. Tylko trawa, niemy świadek o optymistycznej barwie. Patrzę na fasadę ogrodową. Prowadzą do niej eleganckie (niegdyś) szerokie schody. Teraz prowadzą do nikąd. Wznoszą się łagodnym łukiem ku ryzalitowi. Są krzywe, pokruszone, pokryte liszajami porostów. Przechodzi ochota na ten mini spacer. Balustrada nie istnieje. Czego się trzymać? Są jakieś resztki, fundamenty poręczy. Każda wystaje jak pieniek zęba...czasu...

A kiedyś tutaj w Sali Karmazynowej tańczono na lśniącej posadzce w geometryczne wzory do białego rana w blasku żyrandoli i kandelabrów, wśród przepysznych mebli, ciężkich zasłon. W zimie podchodzono ogrzać się do kominków, obudowanych czarnym marmurem. Drzwi do następnych i następnych komnat też były wykonane z czarnego marmuru. Roznosiła się po kondygnacjach muzyka, tworzona przez zawodową orkiestrę, umiejącą zagrać nie tylko poloneza.  Poza balami można było podziwiać na ścianach wytworną, pieczołowicie zbieraną pokoleniami kolekcję obrazów.

Wzrokowo żegnam się z gołymi cegłami, kruszejącymi murami, obrazem rozpaczy. Kiedy nastąpi renesans tego późnorenesansowego pałacu? 

Więcej szczęścia jako turysta mam na końcu alei, która jak strzała od centralnej osi zwiedzonego pałacu prowadzi do kościoła. Moje szczęście polega na tym, iż nie jest on zamknięty. Bo dlaczego kołchozowy magazyn zboża miał być otwarty dla turystów? Ale od paru lat jest inaczej. Okrągły kościół pw. św. Józefa można już zwiedzać. Bardzo lubię kościoły na planie koła. Kojarzą się z ideałem. Trochę świątynię odczyszczono, przerobiono ołtarz katolicki na prawosławny. Podziwiam najpierw konstrukcję w kręgu. Metafizyczny krąg religii, historii i polityki. Typowa Europa... Mieszanka melancholii i nostalgii. Jest to świątynia nieduża, ale wysoka na kilka pięter, postawna swą harmonią. Budowę zakończono w 1766 roku za pieniądze hetmana Wacława Rzewuskiego. Fronton ma piękne kolumny z doryckimi kapitelami. Całość robi wrażenie głębokiej elegancji. Przed samymi drzwiami na progu wyryty napis „...Anna z Lubomir...“. Dalej brak liter, bo niszczący je kilof był silniejszy. Wchodzę do środka. Morze światła. Patrzę w górę – to logiczne, bo nad okrągłym tamburem jest 8 bardzo wysokich okien, wpuszczających sporo słońca. Na ścianach tam wysoko dostrzegam oryginalne polichromie, freski. Motywy roślinne, namalowane wazony z kwiatami, bardzo jednolite stylowo. Pod nogami czuję nawet jakieś dywaniki, chodniczki. Widocznie zasłaniają goły beton. Nie zaglądam jednak pod podszewkę współczesnej historii.

Na wysokości mojej głowy w ścianach dostrzegam wmurowane tablice, które o dziwo przetrwały wichury dziejowe, piętra worków z pszenicą, zmiany granic i języków, kłódek kołchozowych i systemów politycznych. W tym momencie jestem wdzięczny komunizmowi radzieckiemu, że był niedokładny ideologicznie oraz organizacyjnie,  pozostawiwszy w spokoju naprzeciw ołtarza marmurową tablicę, którą odczytuję: „Rozalia Alexandra z Xżąt Lubomirskich RZEWUSKA, um: 11 Stycz: 1865 w Warszawie. Dalej parę innych informacji i na zakończenie cytat ze Starego Testamentu: „My raczej pójdziemy do niej, a ona nie wróci się do nas“.

Napawa mnie to smętkiem, choć trudno nie zgadzać się z tym suchym racjonalizmem, ziejącym ze świętych tekstów. Trzeba być realistą. Tego uczy turystyka. Pozostaje nadzieja, że przynajmniej wróci czas, iż ratować się będzie tak cenne zabytki polskie jak Podhorce na terenie wolnej już Ukrainy.

 

Wiesław PIECHOCKI, Podhorce, UKRAINA, kwiecień 2007

Counter