|
Ponieważ
mam mało czasu przebywając we Lwowie, postanawiam dojechać jakimś
środkiem lokomocji do Cmentarza Łyczakowskiego, a nie iść tam pieszo.
Trochę za daleko. Oczywiście z hotelu, położonego w centrum idę na plac
Halicki. Jest to niekwestionowany główny punkt sieci komunikacji
miejskiej. Stoją tu karnie w długich kolumnach taksówki. Charakteryzują
się w obecnym stanie przejściowym Ukrainy tym, iż są albo bardzo
zdezelowane i nie mają liczników, albo są bardzo nowe i mają liczniki,
czyli nie trzeba żmudnie wytargowywać ceny przejazdu z kierowcą.
Nadjeżdżają tu również zewsząd marszrutki. Co to są „marszrutki“? To nie
są małe marszruty. To są małe, krótkie autobusiki, o dziwo, bardzo
sprawnie pokonujące swoje trasy. Wsiadam do marszrutki, płacę u kierowcy
jedną hrywnię (1 UAH), czyli tę samą cenę co wszyscy i za każdy przejazd.
Po prostu jazda kosztuje jedną hrywnię, niezależnie od dystansu.
Kierowca trzyma gruby plik banknotów w ręku, wydaje resztę i
inteligentnie wykonuje skomplikowane manewry, slalomy głównie po ul.
Łyczakowskiej. Lwów nie ma praktycznie asfaltowych nawierzchni. Wszędzie
są brukowane ulice. Powoduje to wielkie wibracje pojazdów, a zatem i
pasażerów. Każdy stara się siedzieć. Ścisk jest spory. Wiele osób stoi,
kurczowo trzymając się metalowego uchwytu, zamocowanego pod sufitem.
Kiedy z trudem wsiada staruszka, zawsze podnosi się od razu ktoś młodszy
i robi miejsce! Widok mi nieznany z Londynu, Paryża czy Frankfurtu...
Wysiadam przed samą bramą główną Cmentarza Łyczakowskiego. Tkwią przed
nią umundurowani ochroniarze. Przechodzę wzdłuż bramek, wiodących mnie
do kasy. Cmentarz jest zabytkiem. W kasie w domku przy bramie płacę 5
UAH, czyli niecałego 1 euro. Na bilecie napisano po ukraińsku „Muzej –
Łyczakiwskyj Cwyntar“.
Kasjerka wskazuje mi ręką kierunek przez główny plac przy wejściu. „Tam,
tam leżą Orlęta. Łatwo pan znajdzie. Są oznaczenia“. Idę, mijając
kolejne grupy, siłą rzeczy nie tak szybkie jak samotny piechur. Pomagają
mi świeże metalowe, polakierowane tablice informacyjne przy szerokiej
alei „Do memoriały poljski wijskowi pochowannja“. Mijam też setki,
tysiące bardzo starych, starych i nowszych grobów, kaplic, rzeźb
odzwierciedlających tyleż stylów co epok. Napisy głównie po ukraińsku,
polsku, rosyjsku, niemiecku i po łacinie oraz w paru innych językach,
używanych w Europie.
Znam
bardzo dobrze najstarszy cmentarz Warszawy – Powązki. Łyczakowski jest
do niego podobny: olbrzymi park na kilkudziesięciu hektarach, ale chyba
ładniejszy, gdyż położony na wzgórzach, na pofalowanym terenie. Świeci
piękne intensywne wiosenne słońce. Wyobrażam sobie te groby w
ciemnościach wieczoru 1 listopada... Morze światła ze świeczek, lampek,
pochodni, zniczy tworzących ocean jasności, usiłujący się przeciwstawić
przemijaniu...
Wreszcie widzę olbrzymią kolumnę z archaniołem Michałem na szczycie.
Góruje on nad nowo założonym monumentalnym cmentarzem poległych
Ukraińców. Byli oni zażartymi wrogami Orląt, broniących wtedy polskiej
racji stanu. Wtedy, czyli w latach 1918-1919, kiedy ważyły się losy
przyszłości politycznej tych ziem. Dramat dosięgnął osobliwego szczytu,
jako że właśnie tu był wówczas zalążek politycznej niezależności
Ukrainy. Tu na terenach Zachodniej Ukrainy już funkcjonował kiełek
wolnego ukraińskiego państwa. Polacy wygrali tę bitwę. Tutejsi Ukraińcy
musieli mieszkać do roku 1939 w Polsce. Potem sytuacja się
skomplikowała, gdyż wkroczyła Czerwona Armia. Rozpoczęła się władza
komunistycznego ZSRR aż do roku 1991!
Dochodzę do symbolicznej niskiej bramy z cegieł. Na niej napis po
ukraińsku i po polsku „Tu spoczywają ukraińscy i polscy żołnierze
polegli w latach 1918-1919“. Wchodzę na teren Orląt. Kontynuowali oni
tradycję polskości Lwowa, utrwalonej już od wieków w łacińskiej formule
„Leopolis semper fidelis“, czyli „Lwów zawsze wierny“. Jako że
dorośli mężczyźni walczyli wówczas na frontach I wojny światowej lub już
polegli na rozległych połaciach militarnych zmagań, Lwów mógł się bronić
jedynie dziećmi i młodzieżą. I ta grupa młodych Polaków z sukcesem i
gigantyczną ofiarą krwi obroniła patriotycznie stolicę Galicji. W sumie
poległo ich około trzech tysięcy, w tym 1220 dzieci i młodzieży.
Najmłodszy poległy miał 9 lat. Leżą tutaj, niedaleko od swych wrogów.
Jak na wielu polach bitew, śmierć pogodziła ich w wiecznym śnie. Kojarzy
mi się to z wojskowymi cmentarzami we Włoszech czy w Normandii.
Cmentarz Orląt robi wrażenie sterylnie uporządkowanego, czystego, lśni
bielą krzyży, tkwiących nad grobami. Groby ułożono po wojskowemu, w
równych rzędach. Przestaję czytać nazwiska na metalowych tabliczkach.
Jest ich przecież tysiące. I tak nie zapamiętam imion, nazwisk, stopni
służbowych, dat urodzin i śmierci. Idę w cień pod imponujący Łuk Chwały.
Jest też sterylnie biały. Na nim napis po łacinie „Mortui sunt, ut
liberi vivamus“, czyli „Oni zmarli, abyśmy żyli wolni“. Naturalnie
pogrążam się w medytacjach: jak to interpretować? Czy pompatyczny
filozoficzny sens tego zdania jest realistyczny? Czy naprawdę opłacił
się ten trybut krwi, młodych żywotów, których nikt nie przywróci życiu?
Nasuwa się porównanie z wieczną dyskusją o Powstaniu Warszawskim z
sierpnia 1944 roku.
Sądzę, iż cynicznym byłoby przekonanie, że ten wspaniały zryw
patriotyczny nie miał historycznie sensu, bowiem „przecież i tak teraz
to miasto i region nie są w Polsce“. Ale takie myślenie jest możliwe
dopiero post factum. Wszystkim pokoleniom następujących po
poprzednich zdaje się, iż są mądrzejsze, gdyż znają przecież aktualny
stan polityki, zmian na mapach i przesunięć granic. I że czegoś się
nauczyły od historii... Ale kiedy wróg atakuje, należy chwycić za broń i
nie dyskutować. Orlęta lwowskie to uczyniły!
Biel grobów, mogił, krypt, pomników, kaplic poraża wzrok. Do tego
wściekły blask słońca... Oczy przesuwającego się po żwirze między
rzędami krzyży turysty robią się coraz wilgotniejsze. Trzeba je wytrzeć.
Turysta polski się tego nie wstydzi. Płacze. Zacierają się litery i
cyfry na tabliczkach. Spontaniczne wzruszenie jest o wiele silniejsze
niż zdania w obiektywnie chłodnych artykułach historycznych analiz.
Turysta dygocze, choć wokół niego nie leży tu ani dziadek, ani wujek,
ani nikt ze znajomych z coraz odleglejszych i cichszych opowieści
rodzinnych...
Czystość i biel, porządek i szacunek dla śmierci są zupełnie nowe,
świeże w kwaterze Orląt. Władza radziecka zrobiła niemal wszystko, by
zatrzeć ślady polskiego patriotycznego powstania. Tu była przejezdna
ulica, wysypisko śmieci, jeździły po grobach celowo czołgi, utworzono
firmę kamieniarską, wysadzano dynamitem nagrobki. Dopiero w XXI wieku
dwu prezydentów Ukrainy i Polski otworzyli zgodnie odrestaurowany
podwójny niemal cmentarz.
Wymijam kolejne grupy, którym przewodnicy tłumaczą znaczenie tego
sanktuarium głównie po polsku i po ukraińsku, idąc z powrotem do bramy
głównej. Zanim wyjdę, odnajduję blisko stosunkowo wejścia grób Marii
Konopnickiej (1842-1910). Jeszcze jeden z tysięcy polskich znaków czasu
w tym parku śmierci. Wśród dziesiątek lampek i wieńców odczytuję napis
wyryty na kamieniu jej nagrobka:
„Proście
wy Boga o takie mogiły,
Które łez nie chcą ni skarg, ni żałości,
Lecz dają sercom moc czynu, zdrój siły
Na dzień przyszłości“.
Wiesław
PIECHOCKI, Lwów, Ukraina,
kwiecień
2007 |