|
Siedzę w samym centrum Lwowa, czyli na Prospekcie Szewczenki (niegdyś
Wały Hetmańskie) przed frontonem budynku o nazwie „Lwiwskij teatr opery
ta baletu im. Sołomii Kruszelnickoj“ (niegdyś Teatr Wielki). Na ławce
jest sporo miejsca. Panuje turystyczny poranek. Dopiero wieczorem
przyjdą gromady młodych, okupujących ławki i pijących wprost z butelek
piwo lub „horyłkę“, czyli wódkę. Spoglądam na imponującą fasadę teatru.
Architekt Zygmunt Gorgolewski (spoczywa parę kilometrów dalej na
Cmentarzu Łyczakowskim naprzeciw grobu Marii Konopnickiej) zadbał
należycie o elegancję fasady i całej bryły budynku, kojarzącego się z
takimi analogicznymi tworami w Wiedniu, Budapeszcie i Pradze. Może być
dumny z przebrzmiałej już dziś estetyki.
Między mną a fasadą wspaniałego przybytku kultury pod ślicznym
kandelabrem całuje się zapamiętale młoda para. Młoda panna opiera się
obcasem o eleganckie obramowanie marmurowe, okalającego krąg, który jest
pusty. Tkwi w nim wyrównana masa czarnej ziemi. Można by posiać tu trawę
lub zasadzić kwiaty – myślę. Ale widocznie władze miasta nie mają na to
pieniędzy lub nie zauważają problemu z ratusza. Ten stoi kilkaset ledwie
metrów stąd na Rynku. Na wieży ratusza powiewa dumnie blękitno-żółta
flaga państwowa Ukrainy.
A
kiedyś, jeszcze niedawno, w środku marmurowego kręgu (gdzie ciągle się
całują młodzi) stał tu dumnie pomnik Lenina. Ale kiedy obwołano wolną
Ukrainę 24.08.1991 roku, wyrzucono Lenina. Nie wiem gdzie jest wódz
Październikowej Rewolucji. Ukraińcy też nie chcą o tym wiedzieć.
Ukraińcy mieli ciężki żywot polityczny przez setki lat. Uciskani przez
polskich panów od wieków, żyli tu po I wojnie światowej w Polsce. Potem
była II wojna światowa. Przyszła znienawidzona władza sowiecka z Leninem
i Stalinem. A Ukraińcy nie chcieli ani Polaków z orłem z koroną ani
komunistów z czerwoną flagą z sierpem i młotem. Nadzieję na niezależną
Ukrainę przynieśli Niemcy z Hitlerem. Ten obiecał za współpracę wolny
kraj. To była historyczna szansa. Ukraińcy mocno się przeliczyli. Kiedy
Polacy zostali stąd wysiedleni na Zachód, zapanował komunizm rodem z
Moskwy. I tak źle i tak niedobrze. Starzy Ukraińcy wzdychali: „Za
Polaków nie było nam dobrze, ale za moskiewskiej komuny też nam nie
będzie lepiej“. I tak też się stało...
Stalin nigdy nie wybaczył Ukraińcom lojalnej kolaboracji z Niemcami.
Państwowość ukraińska znowu została zdławiona. Patriotyzm rodem z UPA
był źle widziany. Trzeba było czekać. Tak jak w PRL. Tyle, że tu było
gorzej. Język urzędowy rodem z Rosji. Co prawda na każdym banknocie
rublowym było napisane po ukraińsku „karbowanic“, ale to w codziennym
życiu nie miało znaczenia. Dopiero po roku 1991 wprowadzono „hrywnię“,
nowo obowiązującą walutę ukraińską, kojarzącą się dźwiękowo Polakowi z „grzywną“.
Jeden euro to teraz 6,7 UAH = hrywni. Nieźle.
Całująca parka odeszła. Napatrzywszy się do woli na klomb bez Lenina,
który musiał do uprzykrzenia zasłaniać fasadę pięknego teatru, wstaję,
aby pójść do kawiarni napić się kawy. Jest wszędzie bardzo dobra we
Lwowie. No, niemal wszędzie. W niektórych małych prywatnych lokalach
szybkiej gastronomii, naparza się ją nadal „po turecku“, czyli z fusami,
co od lat komentuję, iż jest to naigrywanie się z narodu tureckiego.
Wchodzę do nieopodal leżącej Kawiarni Teatralnej, czyli „Teatralne Kafe“,
ul. Teatralna 23. Lokal wypucowany, śliczny. Elegancja. Piję wyborną
kawę, otwieram folder, leżący na czystym obrusie, a wydrukowany dla
klientów tego lokalu. Folder na kredowym papierze ze wspaniałymi
reklamowymi zdjęciami chwali ten przybytek po ukraińsku, angielsku
i...polsku. Cytuję fragment: „Obrazy-muzy lwowskich artystyw bkd witaż
Pacstwo, darujc pikkny nastryj. Wysoki profesjonalizm zgranej ekipy
zabezpieczy Pacstwo opiek i uwag, oraz zrobi odpoczynek w restauracji
niezapomnianym“, itd. Tekst jest nieco dłuższy. Błędy w każdym zdaniu.
Najciekawsze jest to, iż jesteśmy tu ledwie kilkadziesiąt kilometrów od
granicy z Polską i że nie było pieniędzy dla kompetentnego tłumacza! Za
kawę płacę 10 hrywien, czyli € 1,5. Zanim to zrobię, przeglądam tygodnik,
jaki mi wręczono w recepcji mojego hotelu „Opera“. Jest to nowiutki
periodyk, wspomagający postęp gospodarki ukraińskiej. Nazywa się „STATUS
– ekonomiczni widomosti“. Wewnątrz mnóstwo informacji o prywatnych
firmach rozwijających swe skrzydła w nowej rzeczywistości. No bo nie ma
już Lenina... Całe kolumny adresów firm produkujących wszystko co trzeba
wytwarzać w nowoczesnym państwie. Obok tych nudnych (dla mnie) pozycji,
czytam artykuły. Jest o lwowskich parkach . Jest o dziwo tekst opatrzony
pesymistycznym tytułem „Nema hroszej – ne bude parkiw!“, czyli „Nie ma
pieniędzy – nie będzie parków!“. Szkoda, bo parki jeszcze za
austriackich czasów słynęły tu krasą i urodą. Wgłębiam się w artykuł o
mieście Winnicy: „Winnica szuka inwestorów burdelu“. To jest frapujące!
Okres przejściowy ma wiele aspektów... Nowe problemy kraju na etapie
transformacji gospodarczej. Lenin forsujący rewolucyjną czystość moralną
przewraca się niechybnie w grobie.
Wychodzę z pachnącej czystością kawiarni. Na pierwszy ogień zwiedzam
trzy katedry, będące historyczną dumą tego miasta, reprezentującego
wiele etnii oraz trzy ważne chrześcijańsko biskupstwa: prawosławne,
katolickie i ormiańskie. Trochę się trzeba nachodzić, zwłaszcza spory
kawał jest do wspaniałej katedry św. Jurija, dumnie stojącej na okazałym
wzgórzu między śródmieściem a dworcem głównym. Katolicka (polska)
katedra stoi w samym centrum jak i ormiańska, zadziwiająca
ornamentacyjnym przepychem, niezbyt dużym formatem i przepiękną muzyką
religijną, dyskretnie sączącą się z głośników. Można kupić CD z
oryginalnymi nagraniami z Armenii. Sklepik stoi w samym kościele. Siedzi
tam siwa pani, mówiąca świetnie po polsku (ale nie po ormiańsku, co
sprawdzałem).
Zmęczony zwiedzaniem, udaję się do mieszkania znajomego Ukraińca.
Poznałem go tu. Ma córkę w Austrii, toteż nawiązaliśmy kontakt. Tym
bardziej, że jest tylko jeden rok młodszy ode mnie. Przechodzimy szybko
na „ty“. Korzystam z zaproszenia. Przywozi mnie na kolację do bloku,
gdzie mieszka od 30 lat z żoną. Blok jest okropny. Myhajło (tak się
nazywa) wzrokiem i gestem przeprasza za wygląd fasady, zsypu, drzwi,
progu, schodów, windy. Skąd ja znam te widoki? W mieszkaniu już jest
normalnie. Estetyka na miarę możliwości. Mają dwoje dzieci. Wspomniana
córka w Austrii, „wyeksportowana“ z powodu drogiej operacji,
przeprowadzonej w Niemczech. Syn studiuje ekonomię w Berlinie. Hałyna,
żona Myhajło, zaczyna przynosić do pokoju, grającego teraz rolę jadalni
dla gości, dania kolacyjne. Jestem zaskoczony ilością, jakością dań a
szczególnie unoszącą się nad nimi wspaniałą gościnnością ukraińską.
Myhajło wie przecież, iż jestem Polakiem, tyle że od ćwierć wieku
zamieszkałym w Austrii. Hałyna przynosi na stół: „lwiwske pywo“,
mołdawskie półwytrawne wino oraz „horyłkę“, czyli wódkę, tudzież wodę
mineralną. To z napojów. Do jedzenia są: barszcz oczywiście ukraiński,
nóżki w galarecie, drobiowe kotlety panierowane z ziemniakami purée,
gołąbki w sosie grzybowym, kuleczki z krabami, trzy rodzaje ciasta,
olbrzymi tort, kawa i herbata. Orientalnym zwyczajem, nie wypada
odmawiać... Ile ja tu przytyję?
Hałyna, pani domu, sama nakłada, dba, abym przypadkiem nie wyszedł stąd
głodny. Boże, miej w opiece narody słowiańskie! Są mistrzami gościnności!
Przy końcu kolacji, około północy, a przed zamówieniem telefonicznym
taksówki dla mnie do hotelu, Myhajło psioczy już na całego na komunizm,
na to, że kiedy jako młody drukarz chciał pojechać na praktykę do NRD,
nie pozwolono mu na to. Był Ukraińcem, czyli elementem politycznie
niepewnym w imperium ZSRR. Ach, gdyby za młodu mógł był wyjechać na „Zachid“...
„Ty, Wiesław, byłeś w lepszej sytuacji. Wam wolno było jeździć do
Londynu, Paryża, Rzymu. Nalej, żono! No to jeszcze jeden! Na zdrowie!“
Są pokolenia, którym wielka polityka zaprzepaściła szansę innego życia.
Myślę o tym, płacąc taksówkarzowi za jazdę po lwowskim bruku, przed
obrotowymi, oświetlonymi rzęsiście drzwiami luksusowego hotelu „Opera“.
W ciemnościach północnego nieba nie widać dziury po Leninie przed
wspaniałą fasadą Teatru Opery.
Wiesław
PIECHOCKI, Lwów,
Ukraina,
kwiecień 2007 |