wstecz

 

Zatarte ślady

 

Polak, odwiedzający Lwów, czuje, iż ma szczególne powody historyczne, by z biciem serca oglądać to miasto. Rozumiem, iż ktoś pochodzący od wielu pokoleń z Radomia lub Lublina, przeżywa to mniej w kategoriach nostalgii, sentymentalności, niż turysta z Polski, który tu się urodził. Domyślam się, iż niemiecki turysta, mający od wielu generacji swe korzenie w Hamburgu, odwiedza Wrocław mniej poruszony, niż ktoś, kto się jeszcze urodził nad Odrą. 

Siłą rzeczy, jest coraz mniej osób, które mają wpisane w metryce urodzenia „Wrocław“ jako Niemiec lub „Lwów“ jako Polak. Graniczną datą jest plus minus rok 1942-1943 w obydwu przypadkach. Potem już była końcowa pożoga wojny, przesiedlenia,  przymusowe emigracje, zmiany granic, dokonane gdzieś tam, przy abstrakcyjnych dla tłumów przeciętnych obywateli stolikach dyplomatów. Wielka polityka zawsze jest niewiadomą dla milionów przeciętnych obywateli – w układach, powiedzmy, o małej dawce demokracji. 

Ale są osoby, które mają dwoje rodziców, urodzonych  we Lwowie, który przed 1939 rokiem nie był jeszcze stolicą „obłasti Lwiw“ lub przynajmniej jednego z rodziców, mających szczęście urodzić się pod lwowskim Wysokim Zamkiem. To jest mój przypadek.

Moja matka była lwowianką, która tu urodziła się w 1913 roku. Rodzina była polska, a formalnie „wedle papierów“, austriacka. To było wtedy przecież Cesarstwo Austro-Węgierskie. Żył jeszcze cesarz Franciszek Józef.

Po przesiedleniu na Górny Śląsk, gdzie potem żyła i umarła, wracała ciągle w ramach głębokiej kobiecej nostalgii myślami do Lwowa, wychwalając piękno tego miasta, będącego stolicą Galicji, kiedy tam ujrzała światło życia. Osobiście nigdy tam już potem nie wróciła. Nie chciała wrócić. Życie ludzkie jest zbyt krótkie, aby marzyć o powrocie nawet nikłym, turystycznym, do miejsca, które nie było już jej ukochanym punktem na ziemi, gdzie się urodziła, spędziła dzieciństwo i młodość.

Miała swoje powody... 

Wychodzę z luksusowego hotelu „Opera“ (adres: Prospekt Wolności 45, róg ulicy Furmańskiej), oglądając przepiękną boczną ścianę lwowskiej opery. Jestem podniecony – pierwszy raz we Lwowie! Pójdę wzdłuż Prospektu Swobody, niegdyś Wały Hetmańskie. W ręku mam dwa plany miasta. Jakimś cudem zachował się w naszej rodzinie zniszczony, wymiętoszony, poplamiony i  daleki od atrakcyjności, ale jeszcze czytelny „Plan Miasta Lwowa“ wydany w 1920 roku nakładem „Uniwersytetu Żołnierskiego przy D.O.E. VI Armii“ we Lwowie, ul. Kopernika 36. Dzierżę go jak cenny skarb w prawej kieszeni kurtki. A w lewej kieszeni mam piękny, nowiutki, lśniący kolorami „Lwiw - Płan Mista“, który przed chwilą za darmo otrzymałem w prezencie od bardzo miłego i uprzejmego recepcjonisty ukraińskiego w moim wspomnianym hotelu, gdzie spędzam turystyczne noce.

Szybko identyfikuję znany mi od dzieciństwa adres „ul. Sokoła 7“. Teraz jest to „wulicia Kowżuna 7“. Widzę, iż nie jest to daleko. Wielka to dla mnie premiera. Pójdę tam pieszo. Kwadrans marszu wystarczy.

Od znajomego, bardzo gościnnego Ukraińca wiem, iż nazwa ulicy „Kowżuna“ jest już trzecim jej mianem. Domyślam się, iż nazwa „Sokoła“, organizacji patriotyczno-sportowej, bardzo energicznie działającej w Monarchii Austriackiej, kiedy tu była Galicja, nie była zbyt dobrze widziana potem, po gruntownych zmianach granic. „Sokół“ brzmiał zbyt „po polsku“, podkreślał zanadto polskość, która musiała tu ustąpić miejsca innym etnicznym układom po decyzjach międzynarodowych ustaleń, rozpoczętych w Jałcie.

No więc nie ma „ulicy Sokoła“. Za czasów radzieckich, które Ukraińcy gremialnie wspominają ze zgrzytaniem zębów, była tu „ulica Spartaka“. Dynamicznie, po radziecku. Wszak Spartakus jako niesforny niewolnik walczył o wyzwolenie swych współbraci. Piękny symbol spontanicznej chęci wyzwolenia się spod okrutnej władzy rzymskich cezarów... 

Czasy radzieckie się skończyły. Dekretem parlamentu kijewskiego z dnia 24.08.1991 nie ma już tu ZSRR, nie ma władzy radzieckiej, nie ma Ukraińskiej Republiki Sowjeckiej. Jest wreszcie (marzenie przecież tylu pokoleń Ukraińców!) wolna Ukraina, czyli w tym języku „samostijna Ukrajina“. 

Idę do końca Bulwaru Swobody aż do pomnika Adama Mickiewicza, przy nim skręcam w prawo w piękny „Prospekt Szewczenka“ (niegdyś ul. Akademicka), idę krótko, spoglądając na równe rzędy drzew. Skręcam w drugą w prawo, czyli w „wulicia Czajkowskogo“ (kiedyś Chorążczyzna) i w pierwszą w lewo w „wulicia Kowżuna“ właśnie. To tu. Kiedyś, za czasów młodej Polski, powstałej po 1918 roku, nazywała się „ulicą Sokoła“.

Jest to niczym niewyróżniająca się ulica w centrum aktualnego Lwowa. Fasady domów są dwojakiego rodzaju – jedne już są świeżo otynkowane, co nadaje im od razu elegancji, inne (i tych jest większość), czekają na lepsze czasy inwestycyjne. Są szarobure kolorystycznie. Domy są zasadniczo dwu- lub trzypiętrowe. Zabudowa sprzed stu lat. Gdzie jest dom o numerze 7 ?. Bez problemów podążam trotuarem, mijając numery nieparzyste: 1, 3, 5. Staję przed  tym z numerem 7.

Brama jest brzydka, lakier łuszczy się wszędzie. Jest zamknięta, nad klamką przykręcona tabliczka z domofonem. Same numerki, cyfry. Nie dzwonię. No bo jak? Do kogo? Dziesiątki lat marzyłem o tym, aby zobaczyć dom, gdzie się urodziła moja matka. Stoję, przeszkadzając trochę na wąskim chodniku. Ktoś wchodzi do obok zaparkowanego starego samochodu i odjeżdża.

Przechodzę na przeciwległy trotuar. Lepiej teraz widzę okna i balkon na drugim piętrze, gdzie mieszkała. Patrzę się. Może drzwi balkonowe się otworzą i wyjdzie mała dziewczynka, która daleko później urodzi na Górnym Śląsku syna? A ten wreszcie już jako obywatel austriacki (zamknęło się koło od Galicji do współczesnej okrojonej republiki Austrii?) wsiądzie w XXI wieku do samolotu i przyleci tu na małe lotnisko, aby dopełnić mistycznej misji, nie mającej zupełnie żadnego znaczenia dla ludzkości.

Żadna dziewczynka nie ukazuje się na balkonie. Nikt na mnie tu nie czeka. Cisza i spokój. Obok mnie przechodzi młoda para mocno się obejmując i popijając z plastikowych butelek „coca-colę“. Coś mówią do siebie czule po ukraińsku.

Kontempluję spokojnie fasadę. Kiedyś była naprawdę piękna, choć są ładniejsze ulice, place i domy we Lwowie. Na fasadzie jeszcze trzymają się mocno stiuki, co świadczy dobrze o jakości austriackiego gipsu. Zworniki nad oknami elegancko przypominają o tamtych czasach. Stiuki są wręcz rokokowe, mają odpowiednie zawijasy. Balkon ma pięknie wykonane kraty z żelaza, też efektownie powykręcane. Mini estetyka dla oka turysty. Pod samym dachem fryz niemal grecki pod powyginaną rynną. Pod nią widzę owalne okienka. Dają światło na strychu. To przecież fikuśne „bawole oczka“, ulubione w epoce rokoko. Nieznany mi właściciel mieszkania, gdzie kiedyś kwiliła moja matka jako osesek, przeciągnął teraz telewizyjny biały kabel z poddasza przez to owalne okno w dół, wyborował dziurkę we framudze okna obok balkonu. Może oglądać wiele programów telewizyjnych. Kabel zwisa ukośnie między piętrami, lekko kołysząc się na dość zimnym jeszcze przedwiosennym wietrze.

Powoli odchodzę, żegnając się z szarym domem. Wykonałem misję. Spoglądam na drzewa w dalszej perspektywie ulicy. Odchodzę, przekładając do górnej kieszeni mojej kurtki dwa plany miasta. Kieszeń jest na wysokości serca. Teraz są już tam razem.

 

Wiesław  PIECHOCKI, Lwów, UKRAINA, kwiecień 2007

Counter