|
Tragikomedia ANTYGONA
W NOWYM JORKU,
opowieść o trójce bezdomnych, Polaku, Rosjaninie i
Portorykance przeżywających chwile miłości, nadziei i
rozpaczy w nowojorskim Tompkins Square Park, zostala
napisana na zamówienie waszyngtońskiego teatru Arena
Stage.
Nastepnie zostala wystawiona w Pradze, Petersburgu,
Bonn, Yale Repertory, Atlancie, Nowym Jorku, (Vineyard
Theatre), Mexico City, Chorwacji, Litwie, Estonii, i
Paryżu (gdzie otrzymała nagrodę ‘Le Baladin’ i nagrodę
studentów Sorbonny dla najlepszej sztuki roku w Paryżu
Sztuka zostala przetłumaczoną na ponad 20. języków i
uznana przez tygodnik Time, podobnie jak “Polowania na
karaluchy” za jedna z dziesięciu najlepszych sztuk roku.
A światowej sławy szekspirolog Jan Kott uznał ją za
jedna z trzech najlepszych sztuk napisanych w Polsce po
wojnie.
Naszym oczom ukazał się przedziwny
widok. Oto mamy historię trojga bezdomnych, którzy
kłopoczą się, jak pochować swojego przyjaciela. To ważne,
że użyłem formy: trojga, ponieważ wśród bohaterów jest
kobieta, tytułowa Antygona. Od razu mamy komplikację,
ponieważ ona wcale nie ma na imię Antygona (to chyba
dziś dość rzadkie imię, wiec nie ma się czemu dziwić),
ale Anita i jest Portorykanką (w Ameryce Portorykanie
należą do masy biedoty i zwykle zamieszkuje slumsy i
dzielnice nędzy). Anita jest w rozpaczy, ponieważ umarł
jej ukochany, tez bezdomny. Problem polega na tym, że
zarządzeniem burmistrza Nowego
Jorku wszyscy bezdomni byli chowani w zbiorowych grobach
na wyspie. Właściwe nawet nie wiadomo, co się z ich
zwłokami działo. Te groby były bezimienne, wiec nawet
nie można było pójść i zapalić mu światełko.
Anita z kolegami postanowili wykraść ciało i pochować je
w parku, tam, gdzie żyli. Po wykradzeniu zwłok i
pochowku Anita została zgwałcona. Potem popełniła
samobójstwo, powiesiła się.
Tak najkrócej przebiega historia opowiedziana przez
Janusza Głowackiego. O czym jest ten dramat tak naprawdę
i dlaczego Anita, bezdomna Portorykanka dostała imię
tebańskiej królewny? Powód jest prosty. Podobieństwa
między tymi dwiema postaciami są bardzo wyraźne. Tylko
na pierwszy rzut oka nie mają ze sobą nic wspólnego,
ponieważ (Antygona) jest z królewskiej rodziny, ma
narzeczonego - następcę tronu, nie musi się martwic,
gdzie będzie spała, a druga nie ma dosłownie nic
(Anita), jest uważana za społecznego śmiecia.
Mistrzowskim zabiegiem Głowackiego
jest właśnie to odwrócenie, to przełamanie zasady
decorum,
którą musiała posługiwać się w swoich czasach Sofokles i
nic w tym dziwnego, że tak było - inaczej nie mogły
zostać dopuszczony do konkursu z okazji Wielkich
Dionizji. Głowacki jest twórca XX (a nawet już teraz XXI
wieku) więc może a nawet musi tę zasadę przełamywać.
Wydaje się nam, stereotypowo, że ludzie pozbawieni
odpowiednich warunków materialnych, podstawowych nawet
środków bytowania, ludzie bezdomni przestają być ludźmi.
Często widzimy takich brudnych, głodnych, z dziwnym
wyrazem twarzy, obładowanych reklamówkami, w których
mają koce i cały dobytek , ludzi i nie zatrzymujemy na
nich zbyt długo wzroku, żeby nie pomyśleć o nich jak o
ludziach. Patrzymy na nich jak na stały element naszych,
ulic, jak na ławki czy kosze na śmieci. A Janusz
Głowacki popatrzył na bezdomnych z nowojorskiego Central
Parku i zobaczył w nich ludzi. to nie jest łatwe, to nie
jest proste, jak śpiewał Muniek Staszczyk. Ale ta sztuka
opłaciła się (nie tylko dlatego, że Głowacki dostała za
nią szereg nagród i wyróżnień, ale dlatego, że wniosła
coś nowego i cennego odo naszej wiedzy o świecie).
Głowacki nie napisał sztuki o
bezdomnych w Nowym Jorku, ale napisał tak naprawdę
sztukę
uniwersalną,
która dotyczy każdego za nas, Głowacki chyląc się nad
ludźmi, których potrzeby zostały zredukowane do
najbardziej podstawowych potrzeb takich jak sen,
pragnienie i głód dostrzegł, że mają coś, o czym my
chcemy zapomnieć, co chcemy im odebrać - czyli godność.
Patrząc na bezdomnych nie widzimy w nich ludzi. A dzięki
tej sztuce mamy taką szansę. Do tych podstawowych cech
człowieka należy właśnie poczucie godności. Jeśli ono
zostanie skasowane, kończymy się również jako ludzie.
Anita chce tego samego, czego chciała Antygona - czyli
godnego pochówku dla tego, którego kochała. Nie
obchodziły jej zakazy burmistrza (odpowiednika Kreona),
ona nie myślała w kategoriach rozumu i praw ziemskich (jak
Antygona), ale wyłącznie w kategoriach serca.
Człowieczeństwo jest tutaj mierzone w uczuciach nie w
zakazach i nakazach. Anita kieruje się najbardziej
pierwotnym uczuciem, czyli miłością i
w imię miłości chce złamać wszystko, co stoi jej na
drodze.
To był wstrząsający spektakl. Nigdy nie myślałem, że
można w taki sposób popatrzeć na ludzi grzebiących w
śmietnikach i śpiących na skwerach. Nie pomyślałabym, że
i wśród nich znajdzie jest ktoś tak niezłomny, jak ta
tebańska księżniczka, która poświeciła życie w imię tego,
co najważniejsze.
/anonim/ |