wstecz

 

Imiona wiosny

 

Wiele narodów jest w lepszej sytuacji, niż my, posługujący się językiem polskim. Mianowicie w ich językach, a mam na myśli mowy słowiańskie, można wiosnę dotknąć, pogłaskać, zapleść jej warkocze. Chodzi o to, że Rosjanie, czy Chorwaci lub Serbowie mogą nazwać nowonarodzoną dziewczynkę „Wjesna“, „Vesna“ i tak dalej. A po polsku takiej tradycji nie ma i nikt jeszcze chyba nie wpadł na taki pomysł. Czyżby jednak przeważała w narodzie prozaiczność nad romantycznością?

Trzeba by to zbadać. 

Jest jednak faktem, iż idea nazwania „wiosną“ małej dziewczynki jest godna uznania. Mnie się to bardzo podoba. Narody słowiańskie nie wpadły na pomysł, aby nazwać tak chłopczyka, bo czuły gramatycznie, że „wiosna“ jest przecież rodzaju żeńskiego, a zatem do przedstawicieli rodzaju męskiego ten sezon nie pasuje! Nie mówiąc o konotacjach elegancji i powabu, czaru i urody, immanentnie i historycznie związanych raczej  z płcią piękną. 

Z tego wynika, że Polacy mogą się tylko cieszyć wiosną klimatycznie, czyli patrząc na kalendarz 21 marca westchnąć „no, nareszcie po zimie nadeszła wiosna“. I robić to co roku, ciesząc się, iż przeżyli (nawet lekką jak tego roku w Europie) kolejną zimę.  A nie mogą się patrzeć na córkę, mówiąc „Ale ta nasza Wiosna urosła! Trzeba jej kupić znowu buty o większym rozmiarze“. 

Data 21 marca jest zresztą czczona jako początek roku (taki „1 stycznia“) przez wiele cywilizacji i religii. Wtedy astronomicznie następuje wiosna, czyli triumfuje zwycięstwo życia, co się kojarzy nieodłącznie z optymizmem. A jego tak nam trzeba na tym łez padole...

Najładniej nazywa się „wiosna“ po angielsku, gdyż samo słowo „the spring“  oznacza nie tylko tę konkretną porę roku, lecz jeszcze „źródło“, „sprężynę“. Dla mnie jest to oczywiste skojarzenie z narodzinami, początkiem egzystencji, sportową tężyzną, witalnością i dynamizmem zachowań. Jeżeli jeszcze dodamy do tego czasownik „to spring“, oznaczający takie akcje jak „skoczyć; trysnąć; narodzić się; puszczać pędy, pąki“ to osiągamy pakiet takiej aktywności, że żadna inna pora roku nie może się z wiosną porównywać, gdyż te inne sezony są przy niej zbyt blade, statyczne i niemrawe. 

Po łacinie wiosna nazywała się bardzo krótko „ver“ , co potem w językach romańskich („w dzieciach matki łaciny“) przedłużono w „la primavera“. Wracając do „ver“, istniało przysłowie w antycznym Rzymie: „vere flores numerare“, czyli dosłownie „liczyć kwiaty wiosną“, co oznaczało po prostu „robić coś niemożliwego“. Była to aluzja do niemożliwości zliczenia nieprzebranej armii kwiatów na łąkach wiosną. Bardzo to ładne - tak jakby chcieć zliczyć gwiazdy na nocnym firmamencie... 

Już wtedy kojarzono tradycyjnie wiosnę z kwiatami, co oczywiście jest bardzo normalne i banalne. A potem sztuka włoskiego renesansu wydała artystę Sandro Botticelli, który namalował w roku 1482 (czyli nie wiedział, iż istnieje Ameryka) „Wiosnę“, słynny obraz wiszący w Galerii Uffizii we Florencji. Na tym wielkim prostokątnym obrazie, wykonanym przepięknie na drewnie, centralnie widać Wiosnę a obok niej Florę. Jeśli założyć, iż kuso ubrana Wiosna przedstawia miłość, to można się pokusić o analizę: po łacinie „miłość“ to „amor“. Jeśli odwrotnie przeczytać to ostatnie słowo, to wychodzi „Roma“, czyli „Rzym“. A stojąca obok Flora to „Florencja“. Tarcia polityczne między tymi dwiema metropoliami były akurat przy końcu XV wieku spore, toteż ta wręcz polityczna interpretacja jest ciekawą propozycją odczytania tego dość tajemniczego obrazu.

Jeszcze jedno imię wiosny...

Innym wyrazem okresu po zimie, tym razem w muzyce jest „Sonata Wiosenna“, czyli „Die Frühlingssonate“ Ludwiga van Beethovena. Nie ma miesiąca, abym nie słuchał tego utworu, lubując się w jego drugiej części „adagio molto espressivo“ we wspaniałym wykonaniu I. Perlmana + V. Ashkenazy’ego. Geniusz kompozytora ukazuje naszym uszom eleganckie ociąganie się wiosny: mam już rozwinąć całą kunsztowną grę, czy jeszcze nie? Pozwolić siłom zimy nadal panować nad połaciami ziemi? Mam już wejść z całym rynsztunkiem mych witalnych możliwości? Czy oślepić ludzi pełnią zielonej barwy? To mi przypomina sonet, jaki napisał Federico García Lorca. Zaczyna się ten 14-linijkowy utwór od cudownego wyznania po hiszpańsku: „Verde, o te quiero, verde!“ , czyli „Zielone, jakże ja cię kocham, zielone!“ Po prostu... Rzadko zastanawiamy się, że można się zanurzyć zmysłami w jaźni jednego, cudownego koloru. Nie dostrzegamy całej filozofii doznań estetycznych, kiedy patrzymy na zielone pola, trawę, parki, liście, szaliki, płaszcze i torebki, nie mówiąc o kolorze dziecięcych wózków, pchanych przez nianie w zielonych butach... 

Takie imiona wiosny (nader wyrywkowo!) tkwią w malarstwie czy w muzyce. Podałem też jeden nikły (ale mocny) przykład z literatury. W niej w ogóle jest tyle przykładów imion wiosny, iż się skupię na jednym wielkim przedstawicielu literatury polskiej. Władysław Reymont otrzymał Nagrodę Nobla w roku 1924 za swych „Chłopów“. Niekonwencjonalnie rozpoczął tę olbrzymią powieść od jesieni, potem następuje oczywiście zima. Wreszcie czytamy tom trzeci: „Wiosna“. A w niej rozdział 1, z którego cytuję fragment, jedno zdanie, pisane równo sto lat temu!

„Mgły się zakolebały z nagła, wzdęły i ruchający ciężko, niby wody roztopów wiosennych, biły w czarne pola albo zasie, kieby dymy kadzielne, wionęły sinym przędziwem ku niebu“.

  Czyż to nie jest wiosna z innej planety? Odległa, odmienna, zapomniana, schowana za tomami pożółkłych pamiętników jak bardzo dawna miłość, którą zupełnie nie interesują się następne pokolenia. Bo one będą miały inne wiosny... 

Wiesław PIECHOCKI, Feldkirch, AUSTRIA, marzec 2007

Counter