|
Gdyby ktoś zapytał się mnie co jest najpiękniejsze na świecie, bez
wahania odpowiedziałbym „Uśmiech pięknej, młodej kobiety!“. Nie znam
wspanialszego prezentu od matki natury! Głoszę to od dawna, gdyż jestem
przekonany do głębi o mojej racji i o szlachetnym kierunku mej misji:
głosić piękno pań. I ulegać mu...
Natomiast wspomniana matka natura, nie tylko z okazji światowego dnia
kobiet, dała paniom (panom, jak wiadomo, też) organy rodne. I tu zaczął
się problem. Zwłaszcza w sztuce, której dzieje wskazują na wyjątkową
konfuzję. Chodzi bowiem o to jak przedstawić kobiecy organ rodny
estetycznie a nie być posądzonym – jeśli się jest mężczyzną malarzem lub
rzeźbiarzem – o pornografię, trzecią młodość, patologiczne podkreślanie
anatomii lub o inne zboczenia.
Nie wiem czy czytelnicy zauważyli, iż nie piszę o tak wspaniałym
elemencie kobiecego ciała, jakim są piersi. Te już tak zbanalniały w
historii sztuki, że w ogóle się za nie piórem nie zabieram. Zbanalniały,
uległy inflacji wzrokowej. Są wszędzie, atakują na każdym rogu. Gdybym
był zboczeńcem, już dawno zwariowałbym. Nie ma ucieczki. Piersi są
wszędzie, gdyż są wyznacznikiem od dawna kobiecości – normalni mężczyźni
tego nie mają. Każdy, kto choć raz był w jakiejś galerii sztuki,
zna te wielgachne piersi, dumnie wystające z przodu kobiecego ciała,
które we współczesnej sztuce już się tak zdewaluowały, iż cnotą i
prowokacją jest teraz malować malutkie piersi.
Rola erotyczna piersi znana jest od zarania wieków, ale teraz
szczególnie wydaje mi się, iż już mało kto pamięta, że prymarnie mają
służyć do wykarmienia narodzonych dzieciątek. Osobiście nigdy nota
bene nie mogłem zrozumieć dlaczego matka natura dała kobietom dwie
piersi. Zupełnie jakby od każdej oczekiwała narodzenia dwojaczków. Dla
mnie normalniejszym byłoby inne wyjście: jedna duża pierś pośrodku. Ale
rozumiem, iż jest to moje wishful thinking, i że natura miała
jakieś inne cele... Nie śmiem jako podstarzały bezecnik myśleć: może
dlatego jest u kobiet takie rozwiązanie, bo mężczyźni mają dwie ręce?
Ale zostawmy ten zbyt tajemniczy rozdział anatomii...
Wracam do zasadniczego organu kobiecego, normalnie osłoniętego przed
obcym wzrokiem. Proszę zapytać wszystkich naukowców-antropologów –
zgodnie twierdzą, iż nie ma żadnej cywilizacji, która kroczy przez życie
zupełnie nago. Zawsze jest jakieś, małe, symboliczne, ale jest zakrycie
tzw. „wstydliwych partii ciała“. U kobiet egzotycznych jest to króciutka
spódniczka mini z popularnej rośliny w danym terenie.
Wiele osób, studiujących historię sztuki, popełniło magisteria,
doktoraty i inne habilitacje na temat przedstawienia ciała kobiecego w
malarstwie i rzeźbiarstwie. Dlatego nie będzie tu wykładu o cudownych
marmurowych rzeźbach starożytnych mistrzów (trzeba wtedy pojechać
turystycznie do Aten i Rzymu, do odpowiednich muzeów narodowych), o
bieli tegoż marmuru w rękach mojego ukochanego Antonio Canova. Nie
poświęcę tu miejsca na malowidła średniowiecznych a szczególnie
renesansowych mistrzów (S. Boticelli), gdzie powabność kobieca aż tryska
i cieszy oko. Nie omówię tu tematów: kobieta i jej organy u malarzy
impresjonizmu, abstrakcjonizmu, u Picassa lub postkonceptualizmu. Nie.
Ja się skupię na dwu dziełach, dla mnie rewolucyjnie przełamujących
zakurzone epoki.
Jako bywalec muzeów, galerii sztuki, wernisaży i innych instalacji,
widziałem już tysiące nagich piersi oraz sromów, czasem finezyjnie i z
urokiem zasłoniętych figlarnymi tiulami, spod których co nie co wystaje
i gorszy oko widza. I o to właśnie chodziło artyście. Bo on czuje, iż ma
prowokować, gdyż inaczej nie zaistnieje na rynku i nie będzie nikt z
krytyków o nim mówić.
Tak się składa, iż dla mnie rewolucyjne dzieła, ocierające się o
pornografię, oglądnąłem w Szwajcarii. Z tego wynikałoby, iż
ustabilizowana materialnie, gospodarczo i socjalnie Helwecja potrafi być
prowokacyjna w swych muzeach sztuki. Parę lat temu, w Lozannie
oglądnąłem obraz z 1866 roku, dzieło Francuza, Gustave Courbet, pod
tytułem „L’origine du monde“, czyli „Początek, narodziny świata“.
Tkwiłem dość długo przed nim, jako że można na nim oglądnąć rodny organ
kobiecy w całej krasie. Przed widzem leżą rozkraczone nogi, które
zgodnie z anatomią mają srom między sobą z bardzo realistycznym
owłosieniem. Ono jest czarne, czyli modelka była może Włoszką, może
Hiszpanką. Tego nie widać. Widać jedynie nogi od kolan w górę leżącej na
łóżku nagiej kobiety. Ten obraz jest bardzo znany, miał ciekawą listę
posiadaczy, napisano o nim kilka książek. Wisi w Paryżu w „Musée
d’Orsay“. Lekcja poglądowa intymnej (?) anatomii kobiecej z XIX
wieku.
Drugie rewolucyjne dzieło sztuki, które mnie zaszokowało, zobaczyłem
kilka lat temu w pięknym szwajcarskim mieście Lucerna. W centrum, nad
samym brzegiem pięknego jeziora króluje nowoczesny budynek muzeum.
Pojechałem tam celowo, gdyż chciałem zobaczyć nowe rzeźby Magdaleny
Abakanowicz. To też się stało, ale przy okazji zobaczyłem tam inną
wystawę, mianowicie austriackiej, wiedeńskiej artystki Elke Krystufek.
Ta ekspozycja, to były wielkie fotografie kolorowe, sporządzone przez
panią Krystufek. Na fotografiach był do oglądania jeden temat: srom,
czyli organ rodny właśnie pani Krystufek. To znaczy w intymnej ciszy
swego atelier nad Dunajem, pani Krystufek wzięła w rękę świetny aparat
fotograficzny, potem się rozebrała (może kolejność była odwrotna, nie
było mnie przy tym...), potem się rozkraczyła, zrobiła kilka ujęć z
różnych perspektyw geometrycznych swojego przyrodzenia. Potem zrobiła z
tego wielkie kopie kolorowe o formacie 1,5 m x 1 m, pokryła pleksiglasem,
zawiozła do Lucerny (około 1000 km), zawiesiła na ścianie renomowanego
muzeum sztuki, urządziła nagłośniony w mediach wernisaż (szampan, kwiaty,
zespół muzyczny dla nastroju, kupa gości), odebrała gratulacje od
zachwyconych gości. Ci zadzierają głowy, aby oglądnąć dokładnie (starsi
mężczyźni zakładają okulary lub biorą w garść lupę) narząd rodny pani
Elke Krystufek.
Ponieważ pani Krystufek w międzyczasie została doceniona, czyli zrobiła
karierę, bo już jest prorektorem Wiedeńskiej Akademii Sztuki, czekam na
czasy, gdyż też chcę zrobić światową karierę artystyczną, kiedy doceni
się ten typ sztuki u twórców męskich. Jeżeli kobiety zgotowały taki los
innym kobietom, to ja sobie też kupię aparat fotograficzny, wynajmę
atelier, rozbiorę się...
Wiesław
PIECHOCKI,
Feldkirch, AUSTRIA,
luty
2007 |