|
Jako że
ćwierć wieku mieszkam wśród Germanów, znam się na ich obyczajach
karnawałowych. Ponieważ sam okres karnawału jest epoką zabawowo i
historycznie szczególną, owianą wręcz atmosferą średniowiecznej mistyki,
poświęcają mu Germanie wiele troski organizacyjnej, jakże właściwej
narodom, zamieszkującym centralną Europę i mówiącym w języku niemiecku.
A propos język:
istnieją w języku niemieckim dwa słowa na ten piękny czas zabaw,
szampańskich bali, rautów, redut i powrotów do domu o szarym świcie.
Jedno słowo jest międzynarodowe: „Karneval“. Przy okazji wyjaśniam, iż
wyraz ten jest czystego (jak czysta wyborowa, ha,ha) pochodzenia
łacińskiego. Jest to kompozycja „carne + vale“, co plus minus (dwa
ostatnie słowa to też łacina) znaczy „żegnaj, mięso!“. Jako że „caro,
carnis“ znaczy „mięso“ a „vale!“ oznacza „żegnaj!“ w języku Cezara. Stąd
też polski „karnawał“. Tym sposobem zaakcentowano w tym splocie
językowym moment rozpoczęcia postu, kiedy nie wolno było już tknąć mięsa
i wszyscy stawali się (na szczęście oficjalnie i nie na zawsze)
wegetarianami. Przypominam staropolskie słowa „mięsopust“ oraz „zapusty“!
Drugie słowo
jest bardzo niemieckie, używane raczej na południu strefy tego języka,
czyli w Bawarii oraz Austrii, tudzież w Szwajcarii i maleńkim
Liechtensteinie: „Fasching“. Wyraz ten nie ma nic wspólnego z „faszyzmem“
oczywiście. Pochodzi od staroniemieckiego „Fastentrunk“, co jest
dosłownie „napojem postnym“. Zatem też podkreślono chwilę, kiedy
zaczynano pościć. Niemiecki czasownik „fasten“ oznacza „pościć“.
No, ale
najpierw jest karnawał a potem poszczenie, które podobno doskonale
działa na odnowę komórek naszego ciała, oczyszczenie moralne duszy,
porost włosów, bezstresowe działanie wątroby, lepszą pracę jelit. Post
jest zatem wielką konkurencją dla ćwiczeń jogi. Nie wiem. Sam ani postu
ani jogi nigdy nie próbowałem.
Wracam do
tytułowych Germanów. Zaczynają karnawał zawsze obowiązkowo 11 listopada
(11.11) o godzinie 11:11. Wtedy gromadzi się gawiedź przedpołudniowa na
ulicach, placach, wejściach do metra, gdyż wiadomo, że gdzieś będzie
rozbrzmiewać nader głośna muzyka. Trąby, tuby, saksofony, fanfary,
gwizdki, czynele, blacha, metalowe przykrywki do garnków grają
dominującą rolę w tym instrumentarium. Musi być głośno. Ale najbardziej
piękne kostiumy ma orkiestra, złożona z przebierańców (Germanie
uwielbiają się przebierać przy każdej nadarzającej się okazji!),
grająca przed ratuszem danego miasta. I tam jest nagłośniej, najgwarniej.
Bo w ratuszu jest władza i ona, czyli burmistrz i jego zastępcy, też
poprzebierani cudacznie wychodzą przed budynek i oficjalnie aż do końca
karnawału „oddają władzę“ nad miastem, powiatem i województwem, nie
mówiąc o całej federacyjnej strukturze państwa tak zwanemu
„Faschingsprinz“, czyli „Księciu Karnawału“. On jest najpiękniej ubrany,
gdyż otrzymuje w momencie rytualnym od burmistrza berło, jabłko, koronę
oraz dokument na pergaminie, że on od tej pory dzierży władzę nad
okolicą do końca karnawału. Obok niego stoi jego partnerka, czyli „Księżniczka
Karnawału“, bardzo pięknie też ubrana, z koroną na głowie, z włosami „prosto
od fryzjera“, uśmiecha się szeroko, bo flesze lokalnych fotoreporterów
trzaskają aż miło. Czasami trzaska też mróz, ale to nie przeszkadza
wydatnemu dekoltowi inkryminowanej księżniczki, jako iż ona wie, że będą
błyski fleszy, itd.
Od tej pory,
po inauguracji karnawału, można już spokojnie pić te same alkohole w
tych samych ilościach (albo i więcej) co normalnie, tyle że w aurze
mięsopustu. Pije się nie do lustra oczywiście, lecz jako że i Germanie
są „zwierzętami społecznymi“ (to moje tłumaczenie arystotelesowskiego „zoon
politikon“), robi się to w gromadzie.
Bardzo wielka
gromada jest nazywana publicznością zgromadzoną na balu. Bale w średnim
mieście urządzają niemal wszystkie organizacje społeczne, polityczne,
charytatywne, religijne, związkowe i młodzieżowe, aby podreperować
finanse. Terminarz bali jest ustalony od co najmniej roku – jesteśmy
wśród Germanów, przypominam! Nikt nikomu nie może wejść w paradę, każdy
musi mieć swoją od dawna ustaloną, publicznie zaakceptowaną datę
konkretnego balu. Po niemiecku jest przysłowie: „dem Zufall lassen wir
keine Chance“, czyli „przypadkowi nie damy żadnej szansy“, ergo wszystko
(bale karnawałowe też) musi być precyzyjnie zorganizowane.
Każdy bal musi
mieć program, czyli na estradzie nie siedzi tylko orkiestra i sztampowo,
przez cały czas balu przygrywa do tańca, popijając w przerwach z
ukrytych za futerałami kontrabasów butelek. Nie! Jako przerywniki służą
punkty właśnie tzw. programu. Jest on opracowany też precyzyjnie. Może
to być piosenkarski występ solo nowej lokalnej gwiazdy, pokaz zespołowy
akrobatyki, rymowany dowcipny pamflet na miejscowych polityków i ich
oponentów, konkurs intelektualny typu kto najdalej pójdzie ze szklanką
wody na głowie aż do końca sceny (może sobie rozleje na garnitur?),
tombola, gdzie główną nagrodą jest nowy tomik poezji wiceburmistrza z
jego podpisem, itp.
Kto nie chce
tańczyć albo jeszcze do tego nie dojrzał, bo za mało zgromadził płynów
impulsowych w swym organizmie, spożywa przy stole wliczone w cenę wstępu
dania. Dominuje w nich mięso, jako że nie trzeba jeszcze żegnać się z
nim (vide etymologia słowa „carnival“ - angielskie słowo też ma łacińską
matkę) i można je spożywać w wielkich ilościach, celowo zapominając na
czas wesołości zorganizowanej grupowo o cholesterolu, trójglicerydach i
innych obuchach diagnostyki, które bardziej teraz zatruwają życie
porządnym ludziom niż zielony okropny absynt robotnikom europejskim w
XIX wieku, w okresie raczkującego marksizmu.
Prości
Germanie popijają oryginalnie dania przy stole: króluje wódka
(„Schnaps“), po której zamiast wody mineralnej używa się piwa! Tak, sam
widziałem! Podobno nie przynosi to ubocznych skutków o charakterze
womitacyjnym. Mitem głoszonym o Germanach w Polsce jest mniemanie, że
oni „żłopią piwo“. Poważnie teraz: tzw. lepsze, szanujące się
towarzystwo pije sporo wina i to wykwintnych marek, z dobrych roczników,
drogich. Germanie się znają doskonale na winach! Legenda obrazkowa typu
„brzuchaty Niemiec z kuflem piwska ociera pianę między ustami a wąsami“
należy do annałów uprzedzeń i pomówień między narodami centralnej Europy.
I jeszcze
jedno: pijąc wino, trzymamy kielich w środku nóżki a nie sam środek
kieliszka wyżej! To ważne! Wiem. Trzeba mocniej ściskać końcami palców,
ale tak jest prawidłowo! Po pierwsze tak dyktuje elegancki savoir-vivre,
po drugie nie zmienimy paluchami temperatury cennego trunku, po trzecie
nie zostawimy (w razie draki) odcisków naszych palców na powierzchni
szkła! Ale poważnie mówiąc: niemal wszyscy Polacy pijący wino
nieprawidłowo trzymają w ręku kieliszki!
Wracam do
Germanów siedzących przy stole na balu. Oni aktywnieją w momencie
popularnej, rytmicznej melodii, granej z estrady. Kiedy? Mianowicie,
siedząc rzędem po sąsiedzku biorą się za ręce, zahaczając na wysokości
łokci i tak zintegrowani, zaczynają się kiwać, kołysać i podśpiewywać.
Jest na to specjalny czasownik „schunkeln“, czyli „kołysać się“.
Osobiście tego nienawidzę.
Dlatego nie
chodzę na bale, jako że poza tym też nie lubię się bawić na komendę,
obowiązkowo zimą. Dlaczego nie mogę iść na bal w lipcu lub sierpniu?
Nikt mi tego
do dziś nie wytłumaczył.
Wiesław PIECHOCKI, Feldkirch,
AUSTRIA,
styczeń
2007 |