|
„Przyszła pora na Amora, kuligi i purcle” |
||||
|
Święta, święta i po świętach- wzdychamy po 6 stycznia nieco z ulgą, nieco z rozrzewnieniem. Święto Trzech króli zamyka okres Godów. Stroje „herodów” i innych świątecznych przebierańców wędrują do skrzyni, ale radość i zabawa trwa nadal, ale już zupełnie inna. Nadeszły zapusty lub jak dzisiaj mówimy karnawał. Świeżo rozpoczęty rok nim zdążył jeszcze przysporzyć rozczarowań, chodzi w glorii bogatych obietnic. Jesteśmy jeszcze niewzruszenie przekonani, że to co się dotychczas nie udawało, uda się z całą pewnością w tym Nowym Roku.... Ludzie cieszą się i przewidują, że wszystko pójdzie po ich myśli, a równocześnie czas przemija nieubłaganie, czas mierzony zegarami papieża Sylwestra II. Zapusty czy karnawał jest od wieków uprzywilejowaną porą wszelkiego rodzaju zabaw, widowisk, maszkar, uczt i wesołości. Nawet przyroda przez wieki dostosowywała się do tego kalendarza rozrywek, obdarzając mrozem i śniegiem właśnie wtedy gdy jest on najbardziej potrzebny. Już rzymscy poganie odprawiali w tym czasie bachanalia. Z nadejściem chrześcijaństwa Boże Narodzenie i Nowy Rok dawały powody do wesołości religijnej, a łakomy żołądek ludzki, w przewidywaniu długiego postu, wymyślił tłuste i huczne hulanki. Pierwsze wzmianki o karnawale lub mięsopuście polskim, pochodzą z XVII wieku. Wielkie uczty karnawałowe i bale maskowe zwane „redutami” odbywały się na dworach królewskich w wielkopańskich rezydencjach i na szlacheckich dworach. Do ulubionych polskich rozrywek karnawałowych należały kuligi. Sanna od dworu do dworu, przy dźwiękach muzyki. Zabawa polegała na tym, że kilku sąsiadów umawiało się, żeby niby tylko odwiedzić innego sąsiada za miedzą. Pakowano na sanie rodzinę i służbę i ruszano w drogę. Elementy obrzędowości ludowej wkradały się do kuligów jakby przypadkowo, wszak była to typowa zabawa szlachecka bądź przynależna bogatszym gospodarzom. Przedstawiciele ludu brali w niej jednak udział, bo bez nich w wielu wypadkach trudno było się obejść. Potrzebni byli wiejscy muzykanci, śpiewacy obrzędowi, a także czeladź obsługująca kuligi. Wszyscy oni mieli wpływ na koloryt tego karnawałowego szaleństwa. W każdym kolejnym dworze uczestników kuligu czekał suty poczęstunek. W każdym odbywały się tańce. Kiedy już wszyscy rozgrzali się, najedli i wytańczyli, na znak dany przez wodzireja kulig ruszał w drogę do następnego dworu. Obok przykładów zwykłego rozochocenia, bywały kuligi bardzo efektowne, szczególnie te organizowane przez statecznych ziemian. Kończyły się na jednym gospodarzu, który wcześniej uprzedzony, specjalnie do takiej zabawy się przygotował i witał ,gładząc wąsa z satysfakcją, gości na ganku. Zatłoczony w mgnieniu oka dziedziniec. Konie parskają.Krzyki, śmiechy. Nie rozpoznasz, kto jest kto pod maską. Maska w tych zabawach posiadała szczególny urok, zawsze nęcący. Odejść od samego siebie, być chociaż przez krótki czas, kimś całkowicie odmiennym, działać nie ponosząc za czyny odpowiedzialności, przeobrazić się... To przednia uciecha! Wówczas również pojawiały się elementy niezapomnianej urody: sanna z pochodniami, ogniska, wspólna zabawa na wolnym powietrzu, konkursy na śniegu, polowania...najatrakcyjniejsze były kuligi maszkar, jeśli oczywiście śnieg dopisał. Zamieci śnieżnych już prawie nie ma, a jeśli nawet kiedyś się zdarzą, to kto odszuka takie sanie, którymi powoził sam „szatan z piekła rodem” błyskając ślepiami, to były czasy!!
W tym okresie
wiele też wyprawiano wesel. Po rocznym „chodzeniu ze sobą” młodzi
ugodzeni strzałą Amora trafiali na ślubny kobierzec, zgodnie z
przeświadczeniem, iż „ miłość się przekomarza, aż klęknie do ołtarza”.
Przekomarzały się kiedyś i miłość i panny, ale niezbyt długo, bo miły na
to czas najdalej do Matki Boskiej Gromnicznej. Był to bezwzględny termin
poważnych zalotów, przypadający mniej więcej na połowę karnawału. Wtedy
najczęściej dawano sobie „słowo’, a ci którzy już byli „po słowie”
spieszyli do ołtarza. Narzeczeństwa, małżeństwa i inne pary rzucały się
również w wir kuligowo -karnawałowego szaleństwa. Kuligowi goście
wymieniali się z gospodarzami najróżniejszymi drobnymi ciasteczkami.
Dawali swoje wypieki, w zamian otrzymując inne cudeńka z ciasta.
Początkowe „nowe latka’ były ciastkami szarymi, w kolorze pieczywa. Z
czasem figurki z ciasta otrzymywały słodką „polichromię”. Używano do ich
ozdoby poza białym lukrem cukrowym, dodatki czekolady, żółtka, wanilii,
syropów owocowych i ziołowych wywarów wówczas polewy były kolorowe.
Dopiero na przełomie XIX i XX wieku z pomocą przyszedł przemysł środków
spożywczych. Wypieki ciast i ciasteczek to właściwie osobny dział w
czasie miesopustów. Dzisiaj trudno nam sobie wyobrazić sobie karnawał
bez faworków, chrupiących, pysznych posypanych cukrem pudrem. Dawniej
nie obeszło się bez purcli, ale owe purcle nie były tymi
dzisiejszymi słodkimi pączkami nadziewanymi różaną konfiturą, pachnącą
minionym latem. Przypominały one okrągłe bułeczki z chlebowego ciasta,
1kg pszennej maki zagnieść z przegotowana woda oraz 3 jajami. Dodać 1/3 łyżeczki soli. 2 dkg drożdży rozmieszać w Ľ szklance ciepłego mleka i wlać do ciasta, następnie dobrze zagnieść. Ciasto długo wyrabiać, potem odstawić w ciepłe miejsce, żeby wyrosło. Gdy ciasto prawie podwoi swoja objętość, formujemy z niego kuliste Bułeczki wkładając 3-4 kosteczki (ok. 0,5cm) podwędzonej słoniny i dziurkę starannie zaklepać. Bułeczki ułożyć na stolnicy, przykryć je lnianym ręcznikiem aby jeszcze raz urosły. Międzyczasie w głębokim naczyniu rozgrzać 1 l oleju. Kiedy tłuszcz jest już gorący, a bułeczki wyrośnięte, wkładając je łyżką cedzakową do garnka po kilka i smażyć aż nabiorą złocistego koloru. Po wyjęciu odsączyć na papierowym ręczniku i układać na talerzu. Ta wcześniejsza forma dzisiejszych pączków długo cieszyła się powszechnym uznaniem. Niewątpliwie była to zasługa drożdży, dzięki którym wspaniałą karierę zrobiły też różnego rodzaju rogaliczki i precelki, bez których dzisiaj trudno nam się obejść. Gdzieś w połowie karnawałowych harców lud jakby się opamiętywał. Powściągano swoje zachcianki i spoglądano w przyszłość. Zaczynano się troszczyć o siebie i zabezpieczenie dobytku, by jakieś niespodziewane moce natury nie wyrządziły niespodziewanych szkód. Okres tego opamiętania rozpoczynał dzień Matki Bożej Gromnicznej (2 lutego) W tym dniu święci się grube woskowe świece, zwane gromnicami. Poświecone, symbolizują człowieczeństwo i są oznaką wiary, nadziei i miłości. Takie obrzędy chronić miały przed nieszczęściem, wyposażając wiernych w nadzieję dostatku, spokoju i bezpieczeństwa. Stanął wąż kuligowy. Krótki czas miesopustów minął, jak z bicza strzelił. Rozbawieni weselnicy ani się spostrzegli, gdy nadchodził Popielec. Proch jesteś i w proch się obrócisz! Rozhukaną wesołość niełatwo zgasić od razu, wiec jeszcze w półpoście trzask rozbijanych garnków przypomni minione uciechy. Trzy dni przed Popielcem nazywano „Ostatkami”. Hucznie żegnano karnawał od tłustej niedzieli do śledzika. Goszczono się wzajemnie. Do dzisiaj z Ostatków najbardziej trwale zapisał się zapustny wtorek, popularnie tez zwany śledzikiem. Sposób spędzania tego wieczoru niewiele jednak miał wspólnego z dawnymi zwyczajami. Ostatnie chwile beztroskiej wesołości dochodziły do swego kresu i o północy do karczmy, gdzie zwykle bawiono się wspólnie, wchodziła postać odziana w łachmany, ze śledziem w ręku. Zaczynał się Post. Okres umartwionego oblicza i chudego jadła. Dawniej tym jadłem był przede wszystkim żur i śledź. Wiedział lud co czyni. Odwieczna mądrość poszczenia przy żurku i śledziach, a te ostatnie nie były wcale chude- pozwalała organizmowi odpocząć od nadmiernego przejadania się nadal. Powoli zbliża się marzec, miesiąc w którym sławimy zwycięstwo wiosny nad boginią śmierci i zimy- Marzanną. Halina Godecka |
||||