wstecz

 

Jubileusz

 

Stoję z grupą innych gości w przedsionku miłej austriackiej restauracji. Jest już nas sporo, w sumie będzie 60-70 osób, co na zachodzie Austrii oznacza dużo. Sporo ludzi i sporo pieniędzy, wydanych przez gospodynię. Stukam się z nią serwowanym aperitifem. Dziękuję jej za zaproszenie, wręczając podarunek bohaterce popołudnia. Jest Austriaczką, nazywa się Liselotte. Liselotte informuje mnie kto przybędzie na jej 50-lecie, bo parę dni temu skończyła tyleż lat. To jej jubileusz. Jest spod znaku skorpiona, mamy listopad. Pierwszego listopada poszła już po raz drugi na Wszystkich Świętych na cmentarz złożyć kwiaty na grobie swego męża, Piotra.  Niestety, umarł nagle na zawał serca. Z pochodzenia był Polakiem, znaliśmy się,  dlatego też zostałem tu zaproszony przez wdowę.  

Po ceremonialnym ucałowaniu policzków Liselotte, wszyscy kierują się ku przygotowanym stołom. Dopijam mój aperitif. Siadam za stół, witając starych znajomych, przedstawiając się nowym twarzom.  Kelnerki zaczynają rozlewać wina. Czerwone czy białe? Na butelce czerwonego widzę etykietę „Montalcino“. Jako że znam to toskańskie słynne miasteczko, zostaję przy czerwonym. Medytuję nad kieliszkiem, kiedy podchodzi do mnie młoda osoba. No tak, to przecież Johanna, najmłodsza córka Liselotte i Piotra, zmarłego jej polskiego ojca. Już dawno nie widziałem Johanny. Teraz, po śmierci Piotra, widujemy się rzadko. Pytam co robi. Powtarza klasę maturalną. Ale „honorowa runda“ (jak to się tu mówi) w szkole to nie problem. Świat się przecież nie zawali. A za rok po maturze? Chce poznawać tajniki chemii w Wiedniu na półwyższych studiach. Rozmowę naszą prowadzoną ad hoc przerywa młodzieniec. Johanna mówi, że to jej przyjaciel. Obejmują się, on owiewa ją władczym wzrokiem typu „ta panienka należy do mnie“. Tak, mieszkają razem. Johanna wyprowadziła się od matki trzy miesiące temu. Bardzo się kochają z Paulem. Paul - wodzący ręką po jej plecach - już zdał maturę, ale nie studiuje jeszcze. Miał pójść do wojska, ale wybrał „zastępczą służbę cywilną“. Jest pielęgniarzem w tutejszym szpitalu. Dobry układ: 19-letni młodzian może już „po małżeńsku“ żyć z 18-letnią panienką.  

Widzę, że Liselotte podchodzi do odległego stołu. Rozmawia z jakimś gościem-zakonnikiem. Franciszkanin wstaje, ustawia się w środku prostokątnej sali. Klaszcze w dłonie, wystające z brązowego habitu, uciszając rozmowy. Mówi, że gospodyni, 50-letnia Liselotte prosiła go, by zainicjował wspólną modlitwę przed podaniem posiłków. Odmawiamy zatem głośno, siedząc, po niemiecku „Vater unser“. Wzrusza mnie zachowana chrześcijańska tradycja. Ona, przemieszana z pozytywnymi wartościami moralnymi, zwracanie się do „naszego ojca“ to spoiwo, którego trzeba bardzo naszej dzisiejszej Europie. 

Na pierwsze danie jemy sałatkę ziemniaczaną („Kartoffelsalat“), potrawę klasyczną na zimno ludów germańskich. Bohaterka restauracyjnego przyjęcia, Liselotte zjada swe danie z apetytem i humorem, popijając patriotycznie białym winem (austriackim). Ktoś przechodząc za mną, lekko potrącił moje krzesło i przeprasza. Odwracam się. Przecież to najstarsza córka Liselotte, czyli Cornelia. Dawno jej nie widziałem. Wstaję, witam się pocałunkami w policzki. Patrzy na tę scenę chłopczyk chyba 4-letni, trzymający ją za rękę. Widzę, że Cornelia jest w zaawansowanej ciąży. Odchodzi z chłopczykiem do innego stołu. Mówię do jej matki, że w ogóle nie wiedziałem, iż Cornelia jest w ciąży. Liselotte, matka, ściszając głos, informuje mnie: „Cornelia nie skończyła liceum, nie zdała matury. Wyjechała do Wiednia. To było parę lat wstecz. Miała tam chodzić na jakieś kursy dokształcające. Z dokształcania wykształciła się ciąża. Pierwsza. Chłopczyk, któremu przed chwilą gładziłeś główkę, to owoc tej miłości. Ojciec? Nie, nie już nie są razem. On nie ma żadnych zobowiązań. Jest młody i dopiero szuka pracy. Ślubu też nie mają, bo po co? To sporo kosztuje, a rozwód jeszcze więcej. Teraz młodzi nie mają  takich kłopotów jak starsze roczniki...  O tyle nie ma problemu, że za wszystko płaci Państwo, czyli Cornelia żyje z zasiłków „dla panny z dzieckiem/z dziećmi“. Tradycje opiekuńcze Państwa są mocne w Austrii. A ta druga ciąża? Ach, to z jej nowym partnerem. Nie, nie ma go tu, bo już się pokłócili i nie mieszkają razem. Odszedł od niej definitywnie. Jako matka, muszę do niej pojechać pomóc do Wiednia na Boże Narodzenie. Wtedy ma termin rozwiązania“. Dumam: Boże Narodzenie, ludzkie narodzenie... 

Słuchając Liselotte, pałaszuję z apetytem gulasz z kluseczkami, aby nie wystygł. Liselotte też je radośnie. Widać, iż jest rozprężona. Kłopoty, problemy pozostały dziś daleko. Liselotte mówi mi, że gulasz towarzyszy jej tradycyjnie przy wszelkich ważnych uroczystościach jej życia: jej pierwsza komunia święta, bierzmowanie, zakończenie edukacji, wesele, chrzciny trojga dzieci, ich pierwsze komunie no i stypa po Piotrze, mężu. To miłe, taka tradycja religijna przemieszana z kulinariami.Kelnerki proponują repetę. Odmawiam, rozsądek zwycięża, nadwaga jest faktem. Natomiast przypomina mi się, że przecież Piotr ma syna z Liselotte. Najpierw była Cornelia, potem Johanna, a później Martin. Rozglądam się, ale go nie widzę (albo nie rozpoznaję w tłumie).  Czyżby „błyszczał swoją nieobecnością“? Akurat wraca Liselotte z talerzem, pełnym deserowych pyszności. Przechodząc wzdłuż stołów, rozdziela uśmiechy, rozmawia z gośćmi krótko acz radośnie, całując się czule ze starszymi przedstawicielami rodu. A ci, im starsi, tym dłużej patrzą się na wypiętrzony już mocno brzuch 26-letniej Cornelii... Liselotte siada i szybko kończy deser. Pytam o 21-letniego Martina, jej syna. Znowu pochyla się ku mnie, ściszając głos: „Nie wiesz? On uczył się w zawodowej szkole, miał zostać wykwalifikowanym kucharzem. O tym wiesz. Ale zaczął brać narkotyki. To trwało już trzy lata. Naturalnie był to koszmar dla nas. Piotr, mój niestety zmarły mąż a twój przyjaciel, bardzo się tym zamartwiał. Kto wie czy przez...? Ale teraz by się Piotr cieszył, gdyby dożył do mojej dzisiejszej uroczystości, bo po konsultacjach z policją, psychologiem, szpitalem (oddział dla młodych narkomanów), gminą, zabrano go wreszcie na kurację odwykową. Kamień spadł mi z serca. To jest wyspecjalizowane centrum, daleko stąd, koło Wiednia. Jemu nie wolno opuszczać budynku. Dyscyplina jak w więzieniu. Nie wiesz jak odetchnęłam! Przeszłam przez piekło. Kiedy pojadę do Wiednia do Cornelii, pomagać jej zaraz po urodzeniu drugiego dziecka, wstąpię do niego. Będzie mi po drodze. Ale...zobacz jak wszyscy się cieszą moim jubileuszem!“ Ja też się cieszę. Powoli żegnam się po kawie z uczestnikami pięknej uroczystości rodzinnej. Jeszcze mi dźwięczą w uszach „Ojcze nasz“, monologi i dialogi. Żegnam się z bohaterką popołudnia, Liselotte, dziękując za to miłe, radosne, tradycyjne, rodzinne przyjęcie. Fotokomórka bezszelestnie wypuszcza mnie przez nowoczesne drzwi na zewnątrz. Wokół panuje nowoczesne Państwo, nowoczesna młodzież, nowoczesne obyczaje, a co najważniejsze nowoczesna przyszłość. 

Wiesław PIECHOCKI, AUSTRIA, listopad 2006  

Counter