wstecz

 

Z uśmiechem przez życie

 

Bardzo trudno jest przejść przez całe życie z uśmiechem na ustach. Tym niebywale odkrywczym stwierdzeniem chciałbym podkreślić walory uśmiechu, humoru towarzyszącego nam na tzw. drodze życia. Natomiast należy się starać, mimo że trudno. To tak jak w szkole: należy, będąc nauczycielem, starać się zrozumieć ucznia, nie potrafiącego pojąć czegoś bardzo prostego. To tak jak w małżeństwie: należy starać się załagodzić kolejny konflikt, sprzeczkę, krach na całej linii. To tak jak w sądzie: należy, będąc adwokatem, wydobyć najbardziej pozytywne cechy klienta. 

Aby mi zazdroszczono, powiem od razu: ja mam zawsze humor. No może prawie zawsze... Ostatnio pobolewa mnie to i owo, zatem nawet nie uśmiecham się szeroko jak krokodyl. Ale staram się mieć dobry humor od rana. Wstawszy, medytuję. To znaczy rozmawiam z Bogiem, to znaczy modlę się. Staroświecki ten zwyczaj został mi z poprzedniego życia, kiedy mieszkałem jeszcze w PRL. Ale już i sama nazwa ulicy, przy której toczył się mój żywot,  popychała mnie do pozytywnego działania, czynów okraszonych humorem, wiary w lepsze jutro. Ta ulica nazywa się Dobra i przebiega wzdłużnie na osi Wisły w stolicy Polski.

Na marginesie: czy gdzieś na świecie natknęli się państwo na „ulicę Dobrą“? Ja znam wszystkie kontynenty, ale nigdy nie byłem na „Good Street“, albo na „Gute Strasse“, albo na „Rue Bonne“ itd. Ale wiele lat mieszkałem na Dobrej...

Czy to jakiś „Celestine-syndrome“? 

Zatem początki miłej przyszłości były „dobre“. Poza tym, jak mówiłem, każdego ranka modlę się i to daje mi niebywałej siły. Wiem, to brzmi dla niektórych zbyt słodko, ale takie są moje doświadczenia i na to nic nie poradzę. Myśl o Bycie Największym, mnie chroniącym, daje mi mnóstwo pozytywnych myśli i uczuć, które lokuję w mózgu.  Każdego ranka staram się też pobiec parę kilometrów joggingowo. Naturalnie obowiązki zawodowe odciągają mnie od tej przyjemności jak olbrzymi magnes. Ale staram się potem, po pracy, „skoczyć do lasu“, pobiegać. Czuję jak po pół godzinie zaczynają ostro pracować hormony szczęścia - myślę, że wszelkie wojny na świecie zakończą się niedługo, ufam, iż próby z bronią atomową przestaną imponować władcom, mam nadzieję, że ONZ definitywnie pogodzi wszystkich zwaśnionych przedstawicieli obozów przeciwnych. Jednym słowem - dolewam mych hormonów szczęścia do wydarzeń świata. Wysyłam je w kosmos jak baloniki, wypuszczane przez dzieci z karteczkami, na których nagryzmoliły niewprawną rączką swe pobożne życzenia. Moje też są właśnie takie...Taki mój prywatny „wishful thinking“... 

Oczywiście bycie radosnym człowiekiem to kwestia temperamentu. Jedni są weseli, potrafią być nimi, stają się radośni, a przynajmniej niegdyś takimi byli. Inni nigdy tego nie przeżyją, bo nie potrafią. Bo to jest kwestia postawy, zaprogramowanej od wewnątrz: to tak jak się czuje, iż się jest rewolucjonistą, albo pisarzem wywrotowym,

albo chce się spędzić żywot w mundurze, sutannie, parlamencie, albo umrzeć jako męczennik, dziennikarz, profesor od fizyki ciała stałego, pisarz kryminałów, pielęgniarka itd. Tak samo są tacy ludzie, którzy są bez przerwy radośnie a co najmniej miło i sympatycznie nastawieni do życia. Na przykład ja. U tych jest niewiele wrzodów żołądka, udarów mózgu, połykania kolejnej tabletki uspokajającej, zapalania następnego papierosa oraz pociągu przesadnego do butelki z napisem, że ten płyn w środku ma 40% czystego alkoholu. (Na końcu tekstu jest o moich wadach). 

Wspomniawszy o pociągu do butelki przypomniał mi się pociąg do płci przeciwnej jako pierwotne zaprogramowanie człowieka na kuli ziemskiej. Z tego popędu rodzą się dzieci. Wspominam je tu dlatego, iż w mych wywodach o roli uśmiechu i humoru w życiu grają one ważną rolę. Jest ta rola niebywale kręta, niebezpieczna, ułudna czasem. Albowiem w rozdziale „dzieci a radość życia“ tkwi immanentnie czynnik dialektyczny: raz sprawiają one radość życia a raz nie. Matematyk określiłby to krótko i jednoznacznie: jest to sinusoida, czyli wijąca się linia jak wąż lub oglądana z boku wydatna pierś kobieca. Filolog, znający łacinę powiedziałby, iż przecież „sinus“ to w języku rzymskich imperatorów znaczy „pierś“, czego się naturalnie dzieciom nie mówi w szkole na lekcjach geometrii. Ojciec, oglądający medytacyjnie zdjęcie dorosłego syna, westchnąłby „och, jak on się dobrze zapowiadał, jakie nadzieje pokładałem w nim, jak mu pomagałem i nic nie wyszło, ile radości było, gdy zdobył wymarzone dyplomy i pierwsze duże pieniądze, ile rozgoryczenia, jak mu się coraz gorzej powodziło, mimo mojej nieustannej pomocy...“ A zatem dzieci jako gwarant radości są elementem niepewnym, niestałym; sojusznikiem, który może zaskoczyć na polu bitwy doskonałymi wynikami wspaniałej strategii albo zdenerwować nieudolnością, oczywiście wrodzoną lub nabytą... 

Bardzo pozytywną rolę w marszu z uśmiechem na ustach przez życie grają kłamstwa i komplementy. Powtarzam: jest to funkcja pozytywna. Jest to moja wypróbowana taktyka dyplomatyczna małego człowieka. Zaczyna się to w domu. Gdy tylko zauważa się w łazience przy porannym wspólnym myciu zębów, iż partner ma jakąś bladą, nieszczególną cerę, natychmiast trzeba wypowiedzieć coś w rodzaju „dzisiaj wyglądasz wyjątkowo wspaniale!“. Kiedy zauważamy na przyjaciółce koszmarną syntezę kolorów (pończochy, buty, spódnica, sweter plus apaszka) od razu trzeba przecisnąć przez szeroko uśmiechnięte wargi zdanie „No nie! Jesteś mistrzynią w dobieraniu kolorów!“ i tak dalej i tak do następnego spotkania. Osobiście mam na podorędziu cały arsenał takich odzywek. Są to słodkie cukierki, sklejające udatnie moje kontakty z ludźmi. Polecam na teraz i na przyszłość! Zmieszać koniecznie z pozytywnym nastawieniem do życia, tego tu, doczesnego!

Wiesław PIECHOCKI, Feldkirch, AUSTRIA, listopad 2006